wtorek, 25 października 2011

ale chała!

Jutro środa. Jak ja nie lubię po...porannego wstawania, a trzeba wstać i się trochę pouczyć. I to jeszcze tak mało abstrakcyjnych rzeczy, jak klasy abstrakcji. Czy ktoś o tym kiedyś słyszał? Pewnie nie, bo to taka dyskretna wiedza, z matematyki dyskretnej. I chociaż pełno tam porządków, par i relacji, to miłość i inne uczucia łączące ludzi są zbyt abstrakcyjne, żeby je określać za pomocą matematyki. O wiele lepiej do opisu miłości nada się np. gorąca herbata, malinowa <3 albo dobre jedzenie. Tym razem coś dobrego, puszystego i maślanego, na kolację albo na śniadanie. Chałka z kruszonką! Chociaż w przypadku dzisiejszej bardziej by pasowało określenie "chała", bo prawie mi się do formy nie zmieściła.




Składniki:
-500g mąki pszennej 450-500
-3 dag drożdży
-1/2 szklanki mleka
-jajko
-5 dag masła
-4 łyżki cukru
-łyżeczka soli




Drożdże rozdrabiamy, zalewamy ciepłym mlekiem i dosypujemy łyżkę cukru. Mieszamy wszystko i zostawiamy do wyrośnięcia na 20 minut. Mąkę przesypujemy do miski, dodajemy zaczyn, jajko, roztopione (i ostudzone) masło, resztę cukru i sól. Wszystko razem zagniatamy, ewentualnie podsypując mąką, ciasto powinno być elastyczne i odchodzić od rąk. Zostawiamy do wyrośnięcia, żeby podwoiło objętość. Czasem zajmie to godzinę, czasem blisko dwie. Po tym czasie zagniatamy jeszcze raz i dzielimy na trzy równe części. Każdą z części naciągamy i splatamy warkocz. Kładziemy na papierze do pieczenia i zostawiamy do wyrośnięcia na 20 minut. W tym czasie możemy przygotować kruszonkę (łyżka masła, łyżka cukru, łyżka mąki). Piekarnika rozgrzewamy do 180 stopni, tuż przed włożeniem smarujemy ciasto roztrzepanym jajkiem obsypujemy kruszonką i pieczemy ok. 25 minut.



Z racji tego, że moje popołudnie to było trochę nauki, trochę pierniczków i chałka, to warkocz splotłam na papierze, ale nie na blasze i potem się okazało, że zrobiłam za długi, urosło przed pieczeniem i w piekarniku i mam taką kanciatą piętkę :)




***
Dzisiejszy dzień był dość pracowity i męczący pod wieloma względami, ale niektóre to tajemnica do weekendu, więc ciii...
I wszystko mnie boli po judo. Normalnie jestem poobijana po rzutach, padach, przewrotach, a po wczorajszym mam zakwasy na wielu mięśniach w okolicy rąk, pachwin, bioder i pleców, o których istnienia nie miałam pojęcia :pp


Dobrej nocy wszystkim!

32 komentarze:

  1. Ja póki co "przez Ciebie" dziś też musiałam piec te przepyszne bułeczki jak stwierdziły moje córki, więc na razie nawet nie myślę eksperymentować z chałką :-)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Haha :D Wiesz co, jak piekę bułeczki to L. się bardzo cieszy, ale jak piekę chałkę to nagle okazuje się, że mam małego chłopca w domu, któremu się oczy świecą i ledwo co wyjmę z piekarnika, a już zaczyna znikać ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Współczuję formy i poobijania!
    A ,,chałę'' widać, że od serca zrobiłaś, dlatego na blachę się nie chciała zmieścić i taka fest wyrosła :)
    Masz szczęście, że jestem po pysznej kolacji bo inaczej udusiłabym gołymi RĘKOMA! :DD

    OdpowiedzUsuń
  4. Jaki fajny warkoczyk zrobiłaś z ciasta ;D
    Ja też nie lubię rano wstawać ;d całe szczęście szykuje się przed nami długi weekend więc będzie trochę czasu aby sobie odpocząć :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zrobić taką chałkę to nie chała ;)
    Świetny wpis, Kasiu :))

    OdpowiedzUsuń
  6. coś co uwielbia mój tato :D ja zresztą też ;P

    OdpowiedzUsuń
  7. Crystal, moja forma jest całkiem w porządku, tylko na judo bywają naprawdę wymagające ćwiczenia na całe ciało, nie mówiąc już o sytuacjach jak walczysz z facetem 20kg cięższym, gdzie trzeba nieźle kombinować i używać sporo siły :pp
    Ostrzegałam Cię, żebyś nie wchodziła nienajedzona xD

    No argue, mój długi weekend wcale nie jest taki pewny, bo jeśli się nie uda przełożyć zajęć z poniedziałku to wstanę na 8.15, żeby koło 10.30 wyjść z uczelni :pp

    OdpowiedzUsuń
  8. Aurora, dziękuję :) Lubię język polski za dwuznaczność :D

    Bombelka, u mnie też sporo osób uwielbia, oprócz mojego taty :PP on woli chleb albo solanki.

    OdpowiedzUsuń
  9. Chałka i kubek gorącego mleka - wspomnienie z dzieciństwa. Ale i tak za drożdżowymi wypiekami nie przepadam.

    OdpowiedzUsuń
  10. piękna ta chała. nigdy jeszcze sama nie robiłam, ale te kupne uwielbiam :)))

    Pozdrawiam
    Monika
    www.bentopopolsku.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Annette, gorące zamieniłabym na zimne ;) Albo na sok pomarańczowy.

    mnemonique, myślę, że domowa jest o wiele lepsza niż kupna, więc zachęcam do sprawdzenia!

    OdpowiedzUsuń
  12. O Twoją formę po judo mi chodzi, rzecz jasna :)
    Domyślam się, że z czymś takim może być problem, ale praktyka czyni mistrza :) Czasem dzięki sprytowi można więcej zyskać niż sile :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Czasem spryt zawodzi i potrzeba trochę mocy :pp Ale i tak strasznie lubię te zajęcia, poza tym zakwasy są fajne, czuję, że się poruszałam ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Wtedy naprawdę czujesz, że masz ciało, że masz mięśnie. Wiem jak to jest. W lipcu zapisałam się na fitness, chodziłam codziennie po 3-4 godziny. Czasem myślałam, że padnę :D Najgorzej było mieć 2 godziny stepu pod rząd. A najlepsze jest to, że zawsze jeździłam tam rowerem i tak też wracałam. Nie raz nogą ani ręką nie mogłam ruszać. A siadałam jak paralityk. Ale byłam zadowolona. Widziałam efekty. Miałam z tego przyjemność. Może to śmieszne. Ale ten ból sprawiał mi przyjemność.
    Teraz już rzadziej chodzę :)

    OdpowiedzUsuń
  15. 3-4h dziennie? Szalona! Ja się ruszam 3-4 razy w tygodniu na zajęciach typu zumba/judo/łyżwy/rower/rolki czy co mi do głowy przyjdzie, do tego prawie codziennie jeszcze ćwiczę w domu.
    3-4 godziny to byłoby dla mnie za dużo, a jak bym się potem przyzwyczaiła to miałabym problem z przejściem na te 3-4 razy w tygodniu po 1-1,5h :pp
    Najlepsze zakwasy to ja mam 3 dnia jak na feriach jestem i szaleję 8-10h dziennie na nartach/desce. Wtedy to nie umiem się ruszyć, ale po pierwszym zjeździe znów jest świetnie :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Wiem, że szalona. Ale miałam karnet open... na 40dni za 130zł. Wakacje. Wolne od uczelni. To sobie korzystałam. Zumbę - uwielbiam po prostu! Szkoda, że tylko raz w tygodniu jest. Oprócz tego Fun Dance, z tą samą instruktorką, równie fajne zajęcia. Dużo było ćwiczeń aerobowych. Np fit ball, fit flex, wcześniej wymieniony step, ćwiczenia body shape i na płaski brzuch... duuużo tego było. I tak schodziło. Zajęcia naprawdę bardzo fajne. Aż żal było jakieś odpuścić, dlatego tak długo tam bywałam. Mój D. mi mówił, że przesadzam. Bo on się na tym zna. Ale nawet jego nie słuchałam :) Jeszcze po zajęciach z fitnessu, chodziłam na górę na godzinkę zajęć indoor cycling! Na których wylewałam 7 poty ;D Dobrze to wspominam. Potem kąpiel i odczuwałam niemalże prawdziwą rozkosz :D
    O ja pierdziu! To nieźle szalejesz. Długo zajęło Ci się nauczenie jazdy na desce? ;> Jestem ciekawa! Ze mną jest trochę jak z dziewicą pod tym względem. Chciałabym ale się boję :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Mniam, mniam! Cóż to za apetyczna chała! Masz prawdziwy talent do wyczarowywania kuchennych przysmaków:) Też bym tak chciała;D:D

    OdpowiedzUsuń
  18. Chałka. Pysiaaa :)
    A jak ja nie lubię wstawać rano.
    To katorga dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Crystal, no to się nie dziwię :D W mojej szkole tańca jest FullPass chyba za 150zł, ale zumba jest 5 razy w tygodniu, w poniedziałki i środy nawet dwa razy dziennie :D Jak mam dodatkowe środki finansowe to kupuję karnet 2 razy w tygodniu, a tak to tylko raz. Pewnie w innych miejscach mogłabym znaleźć taniej i o wiele więcej aktywności, ale strasznie lubię to studio i instruktorkę, wcześniej chodziłam do niej na taniec orientalny.
    Na nartach jeżdżę od zawsze, o desce zaczęłam myśleć poważnie pod koniec gimnazjum, a w miarę fajne nauczenie się na niej jeździć to był wyjazd w Alpy, 2 dni na desce spędziłam i po zjechaniu niebieską trasą stwierdziłam, że chrzanię to i idę na czerwoną. Poszłam i zaczęłam jeździć :P Wcześniej też byłam w Polsce ze 2-3 razy, żeby zobaczyć co i jak z tym sprzętem. Ale jeszcze się nie nauczyłam wjeżdżać na innym wyciągu niż krzesełka :pp
    Ze sportami już tak jest, że nie można się bać. Moja siostra z instruktorem nie jest w stanie się nauczyć jeździć na desce, a mi zajęło to kilka dni samej. Największy w tym problem - przełamać się. Potem tylko odrobina równowagi i jazda :)

    OdpowiedzUsuń
  20. kocia_dama, oj tam talent. Cały czas powtarzam, że trzeba chęci i pomysłów albo dobrych przepisów :D

    K., nie wiem jakim cudem pół życia wstawałam o 7 rano, żeby iść do szkoły. Teraz to dla mnie prawie nie do wykonania xD

    OdpowiedzUsuń
  21. Kasia, zgadnij co dziś upiekłam? chałkę :) Bo dzieci znów bułeczki chciały, więc stwierdziłam, że robimy chałkę :)))

    OdpowiedzUsuń
  22. I jak smakuje? Ja właśnie kończę moją, z nutellą :pp

    OdpowiedzUsuń
  23. Przepyszna :) W sumie już jej nie ma :) Kawałek zostawiłam na rano dla męża, bo jak wróci to w nocy i tak nie będzie jadł, a bardzo chce spróbować :) Moje dziewczyny z dżemami jadły, truskawkowym i brzoskwiniowym. Nutellę bardzo rzadko kupuje, inaczej chciałyby tylko ją jeść :)

    OdpowiedzUsuń
  24. U mnie też nutella raz na długi czas, jak słodkie to właśnie dżemy (w lecie robione przez moją mamę) i dobry miód ;)

    OdpowiedzUsuń
  25. Ja mam vipowską white card :D
    W porównaniu z innymi salonami fitness i siłowniami. 130 to sporo. Ale sprzęt z innych miejsc może się schować!
    SUPER jedynym słowem!
    Kurcze zazdroszczę tylu godzin zumby. Też bym chciała chociaż z 3 razy sobie pójść. A tu tylko 1 godzina we wtorki. Ewentualnie 1,5 godz.
    To Ty zdolniacha jesteś! Mnie też by chyba instruktor nie pomógł... po prostu straciłby nerwy :D
    A ja albo bym się zabiła albo połamała.
    Mój pierwszy raz na nartach skończył się koszmarnie... zjechałam na kości ogonowej. Auć! Na sama myśl tyłek mnie boli. A było to na pewno 10 lat temu. Jak nie więcej.
    Zauważyłam, że ostatnio coraz więcej ludzi i w ogóle moich znajomych jeździ na deskach! I dlatego pojawił mi się taki pomysł w głowie :)

    A póki co w weekend chcę wyciągnąć mojego kochanego na łyżwy :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Na siłownię chodziłam, ale trochę to za nudne i za bardzo statyczne dla mnie :pp
    Wiesz co, jestem trochę zwariowana na punkcie sportu i chcę próbować jak najwięcej :) Do tego mam sporo odwagi i determinacji. Stąd też judo (chociaż to i ta stosunkowo bezpieczna sztuka walki) albo deska.
    Snowboard jest o wiele prostszy niż narty, nie wiem czy samodzielna nauka na nartach poszłaby mi tak gładko jak na desce.
    Jedyna rzecz z jaką mam problem to mój brak rozciągnięcia, nie umiem tego zmienić, ale pocieszam się, że mój tato w-f'ista również nie, więc może to coś rodzinnego ;)

    Ja już dzisiaj nie dałam rady na łyżwy, bo jak się kończy zajęcia o 18.00, a na uczelni jest od rana i ma takie zajęciach jak ja dzisiaj, to marzy się o łóżku. W weekend jedziemy do Ustronia/Wisły, więc może jakiś krótki górski spacer będzie.

    OdpowiedzUsuń
  27. Też chodziłam na siłownię. W poprzednie wakacje. Może pamiętasz lipcowe upały, ponad 30stopni? Dokładnie wtedy ćwiczyłam na siłowni, męcząc się na orbitreku. To było straszne muszę przyznać. Jak orbitrek lubię. Działa na wiele partii ciała. Porusza różne mięśnie. Tak wtedy się męczyłam. Nawet nie było czym oddychać podczas takich upałów (klimatyzacja nawaliła).
    Czyli według Ciebie deska jest łatwiejsza do opanowania niż narty? Na nartach potrafię jeździć. Ale nie mam zbyt dobrej równowagi. Dlatego na desce mogłoby to się gorzej skończyć niż na nartach. Przynajmniej tak mi się wydaje.

    Zmęczenie zrozumiałe. Ale łyżwy na pewno Ci nie uciekną. Sezon dopiero się zaczyna. Ja ostatnio Ci wspominałam, że tak mnie tknęło to, ze byłaś, że mojego chcę wyciągnąć. Pierwszy raz w tym roku! Oby było udanie :)
    Zazdroszczę gór.

    OdpowiedzUsuń
  28. W lecie to staram się ruszać na dworze, i to z samego rana albo wieczorem, bo mój organizm źle znosi upały. Do tego przez moje chore serducho jednak w tym okresie uważam na siebie, bo często sama jeżdżę na rowerze/rolkach i nie chciałabym zemdleć gdzieś w trawie.
    Dla mnie deska jest prostsza niż narty, ale jak nie spróbujesz to się sama nie przekonasz ;)

    Chodzenie po górach i bieganie, to aktywności, których nie lubię, bo są zbyt obciążające dla serca. Tzn. przy wszystkim innym mogę sobie odpocząć albo np. rower mnie niesie i przez chwilę nie muszę pedałować, a z treningu zawsze mogę zrezygnować. Chodząc po górach - w środku wyprawy nie stwierdzę "już nie daję rady", bo jestem gdzieś w lesie albo na szczycie i muszę dalej iść (chociaż w Bieszczadach naprawdę się zdziwiłam z moich możliwości mobilizacji), ale krótkie wyprawy są okej :)

    OdpowiedzUsuń
  29. A mnie nigdy dobra chala nie wuszla ;/ a takiego smaka mamna nia pamietam mamy chaly mmmmmmm ale zrobie z tergo przepisu i zobaczymy :) Buziolek slonko :*

    OdpowiedzUsuń
  30. Kalina robiła i też wyszła dobra :)

    OdpowiedzUsuń
  31. Wtedy jest najlepiej. I ruch na świeżym powietrzu lubię. Ale z tą siłownią jakoś tak wyszło, że właśnie w godzinach około 15 miałam czas.
    Być może na Sylwestra wybierzemy się na kilka dni w góry... Fajnie by było czegoś nowego spróbować :)

    Chodzić po górach, lubię.
    Ale bieganie odpada. Nie lubię biegać. Z resztą odczuwam wtedy dyskomfort i ból. Zostałam hojnie obdarzona przez naturę, a to akurat za bardzo nie idzie w parze z bieganiem :-) No chyba, że na autobus, ale muszę sobie podtrzymać, żeby się od siebie nie odbijały :)

    OdpowiedzUsuń
  32. Zajebista chałka.. aż slinka cieknie..

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każde słowo :) I przepraszam anonimowych czytelników za brak możliwości komentowania, jednak zalewająca mnie fala spamu zmusiła mnie do wyłączenia tej opcji. Będzie mi miło poznać Was - zarejestrowanych ;)