Dopadło i mnie. Przedwiośnie. Albo raczej przesilenie i paskudztwo, dzięki któremu dwa ostatnie dni były koszmarne. Ledwo mogłam ustać na nogach, a środa w postaci dziewięciu godzin na uczelni była wykańczająca. Na szczęście jest herbata i pomarańcze, bo mój organizm ma bardzo różne smaki. Jednym z nich jest też chałka z białym serkiem i miodem, którą uwielbiam od zawsze. Ostatnio postanowiłam zrezygnować z tradycyjnej wersji, i uczynić przepis zdrowszym. W efekcie wyszła chałka razowa, która jest bardzo dobra, ale bardziej przypomina bułeczki razowe niż chałkę w smaku.
Składniki:
-3 szklanki mąki (myślę, że najlepszy stosunek to pół na pół mąki pełnoziarnistej i zwykłej)
-3 dag drożdży
-3/4 szklanki ciepłego mleka
-jajko + żółtko
-5 dag masła
-1-2 łyżki miodu + łyżeczka cukru
-łyżeczka soli
Zaczynamy od zrobienia rozczynu - drożdże zalewamy ciepłym mlekiem, dodajemy łyżeczkę cukru i łyżkę mąki. Mieszamy i odstawiamy na 10-15 minut. Mąkę przesiewamy do miski, dolewamy rozczyn, miód i dodajemy roztrzepane jajko z żółtkiem. Wyrabiamy, na koniec dolewając roztopione i przestudzone masło.
Zostawiamy ciasto na 1- 1,5 godziny do wyrośnięcia. Dzielimy ciasto na trzy części, zaplatamy warkocz i odstawiamy na pół godziny. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni i pieczemy 25-30 minut.
***
Dzisiaj na szczęście czuję się o wiele lepiej. Mimo wolnego dnia nie będzie on leniwy. Muszę posprzątać mieszkanie, bo jest straszny rozgardiasz, a zamierzone porządki we wtorek się nie odbyły. Do tego nauka na jutrzejszą kartkówkę i laboratoria, korki i biegiem na pokazy zumby :D
W sobotę chyba wyruszymy na stok, L. zamierza spróbować swoich sił na desce. A w niedzielę kolejny pokaz zumby!
Wszystkiego dobrego dla Was, kochane, z okazji naszego dnia ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje własne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje własne. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 8 marca 2012
wtorek, 6 marca 2012
czekoladowo-orzechowo, prawie jak ferrero rocher
Kto z Was nie zna słodkich kuleczek w orzechach z czekoladą, kryjących pod wafelkiem krem i orzech laskowy, zawiniętych w złotko? Od dzieciństwa to moje ulubione czekoladki, zawsze marzę o takiej piramidzie z reklam ;) Ostatnio postanowiłam spróbować kolejnego przepisu na czekoladki. Po zastanowieniu wybrałam przypominające ferrero rocher. Bardzo pomocny okazał się być blog Doroty, a efekt wyszedł przepyszny. Jak dotąd są to najlepsze czekoladki, które udało mi się zrobić, a próbowałam już kilku różnorodnych przepisów.
Zapraszam wszystkich na praliny czekoladowo-orzechowe.
Składniki na ok 25 sporych czekoladek:
-100g wafelków kakaowych bądź orzechowych
-150g orzechów laskowych
-200g kremu czekoladowo-orzechowego typu nutella
-tabliczka czekolady do pokrycia z góry czekoladą (bądź dwie, jeśli chcecie pokryć całe pralinki)
Wafelki kruszymy i wrzucamy do miski. Orzechy prażymy przez kilka minut na patelni albo w piekariku rozgrzanym do 180 stopni, obieramy ze skórki (wystarczy trochę potrzeć), siekamy i dorzucamy do miski. Dodajemy krem i wyrabiamy masę. Chłodzimy przez godzinę i formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego. Jeśli będziecie mieć ręce mokre z wody to będzie to prostsze ;) Pralinki chłodzimy i na koniec oblewamy roztopioną czekoladą. Przechowujemy w lodówce.
***
Weekend minął bardzo dobrze. Maraton filmowy zakończył się nad ranem, sobota pod hasłem "zumba", w niedzielę rodzinny obiad, a wieczorem spotkanie przy dobrym piwie z dobrymi kolegami z liceum. Nowy tydzień rozpoczęty książką, wykładami i wieczorną zumbą. Dzisiaj mam z samego rana ćwiczenia, a potem laborki i referat. Popołudniu korki i rozmyślanie o środzie, całej na uczelni.
A Młoda jest najlepszą siostrą na świecie <3 Przywiozła mi z Anglii żelki duszki i toblerone :D
Idzie wiosna, a ja z głową w chmurach. I marzę sobie o przyszłości...
Zapraszam wszystkich na praliny czekoladowo-orzechowe.
Składniki na ok 25 sporych czekoladek:
-100g wafelków kakaowych bądź orzechowych
-150g orzechów laskowych
-200g kremu czekoladowo-orzechowego typu nutella
-tabliczka czekolady do pokrycia z góry czekoladą (bądź dwie, jeśli chcecie pokryć całe pralinki)
Wafelki kruszymy i wrzucamy do miski. Orzechy prażymy przez kilka minut na patelni albo w piekariku rozgrzanym do 180 stopni, obieramy ze skórki (wystarczy trochę potrzeć), siekamy i dorzucamy do miski. Dodajemy krem i wyrabiamy masę. Chłodzimy przez godzinę i formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego. Jeśli będziecie mieć ręce mokre z wody to będzie to prostsze ;) Pralinki chłodzimy i na koniec oblewamy roztopioną czekoladą. Przechowujemy w lodówce.
Weekend minął bardzo dobrze. Maraton filmowy zakończył się nad ranem, sobota pod hasłem "zumba", w niedzielę rodzinny obiad, a wieczorem spotkanie przy dobrym piwie z dobrymi kolegami z liceum. Nowy tydzień rozpoczęty książką, wykładami i wieczorną zumbą. Dzisiaj mam z samego rana ćwiczenia, a potem laborki i referat. Popołudniu korki i rozmyślanie o środzie, całej na uczelni.
A Młoda jest najlepszą siostrą na świecie <3 Przywiozła mi z Anglii żelki duszki i toblerone :D
Idzie wiosna, a ja z głową w chmurach. I marzę sobie o przyszłości...
niedziela, 4 marca 2012
odrobina szczęścia na dzień dobry
Budzi mnie poranne słońce, rozglądam się po pokoju i uśmiecham. Przesuwam się kawałek i wtulam w mojego L. Dostaję buziaka, uśmiech z jego strony. I jestem niesamowicie szczęśliwa, że mogę się przy nim budzić. Nie wyobrażam sobie lepszych poranków.
Dzisiaj mała odmiana śniadaniowa. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, a ja nie umiałabym funkcjonować bez śniadania. Zazwyczaj są to kanapki, jeśli się śpieszę to bywa i banan, ale ostatnio postanowiłam przypomnieć sobie jeden ze smaków dzieciństwa. Danie idealne na śniadanie, ale także na deser albo kolację. Kasza manna na mleku. Bardzo chciałabym móc kupić świeże maliny w sklepie i zjeść z nimi, ale niestety musiałam się zadowolić czekoladowym sercem. Za to mogę się pochwalić moim nowym, kuchennym nabytkiem. Jestem uzależniona od kupowania kubków z home&you. Są prześliczne!
Składniki na dwie porcje:
-2 szklanki mleka
-3 łyżki kaszy manny
-trochę cukru
-dodatki: cynamon, owoce, kakao, czekolada

Mleko gotować, wsypać do gorącego kaszkę, gotować aż zgęstnieje. Na koniec dosłodzić. Smacznego!
***
Zostałam zaproszona do pewnej zabawy przez Lesli.
Dzisiaj mała odmiana śniadaniowa. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, a ja nie umiałabym funkcjonować bez śniadania. Zazwyczaj są to kanapki, jeśli się śpieszę to bywa i banan, ale ostatnio postanowiłam przypomnieć sobie jeden ze smaków dzieciństwa. Danie idealne na śniadanie, ale także na deser albo kolację. Kasza manna na mleku. Bardzo chciałabym móc kupić świeże maliny w sklepie i zjeść z nimi, ale niestety musiałam się zadowolić czekoladowym sercem. Za to mogę się pochwalić moim nowym, kuchennym nabytkiem. Jestem uzależniona od kupowania kubków z home&you. Są prześliczne!
Składniki na dwie porcje:
-2 szklanki mleka
-3 łyżki kaszy manny
-trochę cukru
-dodatki: cynamon, owoce, kakao, czekolada
Mleko gotować, wsypać do gorącego kaszkę, gotować aż zgęstnieje. Na koniec dosłodzić. Smacznego!
***
Zostałam zaproszona do pewnej zabawy przez Lesli.
1. Wstaw logo zabawy.
2. Napisz kto Cie otagował.
3. Wytypuj 5 innych bloggerów do zabawy.
4. Opisz 3 momenty z życia oraz wstaw zdjęcia, w których czujesz się szczęśliwa/y.
2. Napisz kto Cie otagował.
3. Wytypuj 5 innych bloggerów do zabawy.
4. Opisz 3 momenty z życia oraz wstaw zdjęcia, w których czujesz się szczęśliwa/y.
Do dalszej zabawy zapraszam:
-Aurorę Czekoladową
-Optymistyczną
-Kocią Damę
-Koliberka
-Dziewczynę bez matury
1. Kocham to uczucie, gdy...
...jeździmy razem z L. na nartach! Uwielbiam czuć wiatr, widzieć świat na biało, spinać mięśnie i zmuszać je do wysiłku na granicy bólu. A potem na dole spotykam się z moim L. i wjeżdżamy razem na górę.
2. Kocham to uczucie, gdy...
...czuję muzykę całą sobą! Mogę tańczyć i się tym cieszyć. A kiedy kończę trening jestem cała mokra i zmęczona, ale niesamowicie szczęśliwa. Trenuję od dwóch lat i wciąż nie mam dość :)
W sobotę spędziłam na zumbie prawie 2 godziny. Najpierw normalny trening, a po południu przygotowania do pokazów. Trzeba było sobie przypomnieć kilka kawałków, dopracować, a także nagrać, żeby pokazać innym. Nie mogę się doczekać czwartku :)
3. Kocham...
...czuję muzykę całą sobą! Mogę tańczyć i się tym cieszyć. A kiedy kończę trening jestem cała mokra i zmęczona, ale niesamowicie szczęśliwa. Trenuję od dwóch lat i wciąż nie mam dość :)
W sobotę spędziłam na zumbie prawie 2 godziny. Najpierw normalny trening, a po południu przygotowania do pokazów. Trzeba było sobie przypomnieć kilka kawałków, dopracować, a także nagrać, żeby pokazać innym. Nie mogę się doczekać czwartku :)
3. Kocham...
...robić domowe czekoladki. Patrzeć jak czekolada się topi, malować nią formę, robić nadzienie. Jest to świetna zabawa, a do tego tworzę mini dzieła sztuki.
Wczoraj wieczorem się właśnie tak bawiłam. I chyba te czekoladki wyszły najlepsze z tych, które próbowałam robić ;) Pochwalę się nimi już wkrótce.
Życzę wszystkim udanej niedzieli i wspaniałego nowego tygodnia!
Wczoraj wieczorem się właśnie tak bawiłam. I chyba te czekoladki wyszły najlepsze z tych, które próbowałam robić ;) Pochwalę się nimi już wkrótce.
Życzę wszystkim udanej niedzieli i wspaniałego nowego tygodnia!
piątek, 2 marca 2012
ciepło i wilgotno
Proces, który uwielbiam. Odmierzanie mąk, wybieranie proporcji, dosypywanie nasion. Powolne wyrabianie ciasta i oczekiwanie na jego wyrośnięcie. A potem cudowny zapach w całym mieszkaniu. Chrupiąca skórka, sięgam po nóż i obserwuję jak ciasto jeszcze paruje. Smaruję miękki miąższ masłem i delektuję się ulubioną częścią bochenka, czyli piętką. Nic tak nie cieszy jak domowe pieczywo, jak ciepły, niesamowicie aromatyczny chleb na kolację.
Przez kilka ostatnich tygodni nie miałam głowy, a potem czasu, żeby przygotowywać zakwas na chleb, w związku z tym w ostatnich dniach testowałam wiele przepisów na chleby na samych drożdżach. Smakowo nie odbiegają wiele od tych na zakwasie, są jednak bardziej delikatne, bardziej wilgotne. Dłużej zachowują świeżość, ale nie da się ukroić cienkiej kromki, bo się kruszą. I tak jest przepyszny! Dzisiaj przepis na chleb drożdżowy na maślance.
Składniki:
-pół kilograma mąki (u mnie chlebowa i razowa pszenna pół na pół)
-pół litra maślanki w temp. pokojowej
-3 dag drożdży
-łyżka soli
-płaska łyżeczka cukru
-nasiona: siemię lniane, sezam, słonecznik
Wszystkie składniki przekładamy do dużej miski i wyrabiamy ciasto przez kilka minut. Następnie odstawiamy je do wyrośnięcia na godzinę. Formujemy bochenek i zostawiamy na kolejne pół godziny. Piekarnik rozgrzewamy do 210 stopni i pieczemy ok 45 minut. Chleb studzimy na kratce.
***
Już kolejny tydzień prawie za nami, nawet nie zauważyłam kiedy minął. Wczoraj jedne zajęcia, a także korki popołudniu. Dzisiaj idę na angielski, potem spotykam się z Nastką, lecę na zakupy z rodzicami i wieczorem przychodzi Brat oraz Z&D na maraton filmowy (tym razem wracamy do czasów podstawówki i będziemy oglądać Harry'ego Pottera).
Jutro rano na zumbę, a po wczesnym obiedzie z powrotem do Copa na spotkanie w sprawie występów zumby :D Jeden szykuje się w najbliższy czwartek, a kolejny (jeszcze nie wiem czy będę mogła) przez weekend. I chyba skuszę się na kolejną koszulkę, bo są świetnie!
Przez kilka ostatnich tygodni nie miałam głowy, a potem czasu, żeby przygotowywać zakwas na chleb, w związku z tym w ostatnich dniach testowałam wiele przepisów na chleby na samych drożdżach. Smakowo nie odbiegają wiele od tych na zakwasie, są jednak bardziej delikatne, bardziej wilgotne. Dłużej zachowują świeżość, ale nie da się ukroić cienkiej kromki, bo się kruszą. I tak jest przepyszny! Dzisiaj przepis na chleb drożdżowy na maślance.
Składniki:
-pół kilograma mąki (u mnie chlebowa i razowa pszenna pół na pół)
-pół litra maślanki w temp. pokojowej
-3 dag drożdży
-łyżka soli
-płaska łyżeczka cukru
-nasiona: siemię lniane, sezam, słonecznik
Wszystkie składniki przekładamy do dużej miski i wyrabiamy ciasto przez kilka minut. Następnie odstawiamy je do wyrośnięcia na godzinę. Formujemy bochenek i zostawiamy na kolejne pół godziny. Piekarnik rozgrzewamy do 210 stopni i pieczemy ok 45 minut. Chleb studzimy na kratce.
***
Już kolejny tydzień prawie za nami, nawet nie zauważyłam kiedy minął. Wczoraj jedne zajęcia, a także korki popołudniu. Dzisiaj idę na angielski, potem spotykam się z Nastką, lecę na zakupy z rodzicami i wieczorem przychodzi Brat oraz Z&D na maraton filmowy (tym razem wracamy do czasów podstawówki i będziemy oglądać Harry'ego Pottera).
Jutro rano na zumbę, a po wczesnym obiedzie z powrotem do Copa na spotkanie w sprawie występów zumby :D Jeden szykuje się w najbliższy czwartek, a kolejny (jeszcze nie wiem czy będę mogła) przez weekend. I chyba skuszę się na kolejną koszulkę, bo są świetnie!
środa, 29 lutego 2012
obiad na opak, ale po polsku!
Taki dzień zdarza się raz na cztery lata. I chociaż nosi nazwę 29 lutego, to tak naprawdę przesunięcie w roku przestępnym występuję między 23 a 24 dniem lutego. Co nie zmienia faktu, że musiałam wykorzystać dzisiejszy dzień i coś napisać na blogu, bo kolejna taka szansa dopiero za cztery lata ;) Mam nadzieję, że kolejny taki przepis zdarzy się też dopiero za długi czas.
Pomysł na obiad, bardzo polski i tradycyjny. Myślę, że wielu blogerów kulinarnych nie docenia kuchni polskiej, bo normalne stało się to, że na obiad jemy orientalnie brzmiącą rybę z curry, penne boscaiola, Kaiserschmarrn czy sushi. A polskie przepisy są tak trywialne i oczywiste, że stają się zwyczajnie pomijane. Jednak nie ze względu na "pospolitość" tej potrawy chcę, żeby kolejny taki wpis znalazł się tu za kilka lat. Nie, nie, nie...
Jedynym powodem jest fakt, że ja tego dania po prostu nie lubię. Zajadałam się nim w przedszkolu, a potem mi zbrzydło i nie umiem teraz tego ruszyć. Jednak L. bardzo lubi, więc ostatnio postanowiłam je przygotować. Już raz miałam okazję gotować po ciemku, tym razem jednak musiałam gotować nie używając podstawowego kulinarnego zmysłu - smaku. Na szczęście przepis jest prosty, a L. bardzo smakowała wątróbka z cebulką.
Składniki:
-30 dag wątróbki
-mała cebula
-kilka łyżek masła
-sól
Wątróbkę przed smażeniem można obtoczyć w mące, ja jednak z tego zrezygnowałam i wrzuciłam na rozgrzane masło w głębokiej patelni. Musimy pamiętać, żeby smażyć ją pod przykryciem, bo zaczyna strzelać. A także, że solimy na końcu, bo może stwardnieć. Podsmażamy z obu stron (ok 15 minut to powinno zająć), w tym czasie na oddzielnej patelni szklimy cebulę i dorzucamy do wątróbki. Wszystko razem smażymy kilka minut, solimy i możemy podawać. U mnie z ziemniaczkami i duszoną kapustą.
***
Spotkanie w sprawie niemieckiego się odbyło i przyszło naprawdę mnóstwo ludzi. Zobaczymy co z tego wyjdzie ;)
Dzisiaj rano obudziło mnie piękne słońce, więc szybko się zebrałam i pojechałam do dziadków, bo Mała K. była na dwa dni w Gliwicach. Poszłyśmy na spacer na plac zabaw, huśtałyśmy się razem i przeglądałyśmy w kałużach. Usłyszałam też, że mam bardzo rezolutną...córeczkę ;) Dzisiejsza pogoda i połowa dnia dostarczyły mi dużo uśmiechu!
A jeszcze więcej uśmiechu mam na samą myśl o planach zumbowych z mojej szkoły tańca - w przyszły czwartek będziemy występować z okazji Dnia Kobiet, a w maju będzie organizowany maraton zumby w Gliwicach :D Już nie mogę się doczekać!
Zaraz szybki obiad i uciekam na jedyne w dniu dzisiejszym zajęcia ;)
Pomysł na obiad, bardzo polski i tradycyjny. Myślę, że wielu blogerów kulinarnych nie docenia kuchni polskiej, bo normalne stało się to, że na obiad jemy orientalnie brzmiącą rybę z curry, penne boscaiola, Kaiserschmarrn czy sushi. A polskie przepisy są tak trywialne i oczywiste, że stają się zwyczajnie pomijane. Jednak nie ze względu na "pospolitość" tej potrawy chcę, żeby kolejny taki wpis znalazł się tu za kilka lat. Nie, nie, nie...
Jedynym powodem jest fakt, że ja tego dania po prostu nie lubię. Zajadałam się nim w przedszkolu, a potem mi zbrzydło i nie umiem teraz tego ruszyć. Jednak L. bardzo lubi, więc ostatnio postanowiłam je przygotować. Już raz miałam okazję gotować po ciemku, tym razem jednak musiałam gotować nie używając podstawowego kulinarnego zmysłu - smaku. Na szczęście przepis jest prosty, a L. bardzo smakowała wątróbka z cebulką.
Składniki:
-30 dag wątróbki
-mała cebula
-kilka łyżek masła
-sól
Wątróbkę przed smażeniem można obtoczyć w mące, ja jednak z tego zrezygnowałam i wrzuciłam na rozgrzane masło w głębokiej patelni. Musimy pamiętać, żeby smażyć ją pod przykryciem, bo zaczyna strzelać. A także, że solimy na końcu, bo może stwardnieć. Podsmażamy z obu stron (ok 15 minut to powinno zająć), w tym czasie na oddzielnej patelni szklimy cebulę i dorzucamy do wątróbki. Wszystko razem smażymy kilka minut, solimy i możemy podawać. U mnie z ziemniaczkami i duszoną kapustą.
***
Spotkanie w sprawie niemieckiego się odbyło i przyszło naprawdę mnóstwo ludzi. Zobaczymy co z tego wyjdzie ;)
Dzisiaj rano obudziło mnie piękne słońce, więc szybko się zebrałam i pojechałam do dziadków, bo Mała K. była na dwa dni w Gliwicach. Poszłyśmy na spacer na plac zabaw, huśtałyśmy się razem i przeglądałyśmy w kałużach. Usłyszałam też, że mam bardzo rezolutną...córeczkę ;) Dzisiejsza pogoda i połowa dnia dostarczyły mi dużo uśmiechu!
A jeszcze więcej uśmiechu mam na samą myśl o planach zumbowych z mojej szkoły tańca - w przyszły czwartek będziemy występować z okazji Dnia Kobiet, a w maju będzie organizowany maraton zumby w Gliwicach :D Już nie mogę się doczekać!
Zaraz szybki obiad i uciekam na jedyne w dniu dzisiejszym zajęcia ;)
wtorek, 28 lutego 2012
jak krrrruszonka to crrrrumble z jabłkami (i brzoskwiniami)
Oprócz spokojnych sobót uwielbiam także słoneczne, niedzielne popołudnia, kiedy wybieramy się z L. na spacer, zahaczając o Hemi i biorąc kawę na wynos. Podziwiając Gliwice, wybierając nieznane nam uliczki i wyobrażając sobie, jak te wszystkie kamienicy wyglądały w latach świetności. Rozmawiając, śmiejąc się i przytulając. Lubię także zaczynać nowy tydzień od porannej zumby, bo niesamowicie poprawia mi to humor, dostaję dawkę energii i już nie mówię: "Jak ja nie lubię poniedziałków" ;) I lubię także wspomnienie smaków i aromatów weekendu. A ostatni był bogaty w zapach jabłek z cynamonem. Jedno z moich ulubionych, chociaż osobno nie przepadam zarówno za jabłkami, jak i za cynamonem. Poprzednio powstał strudel, tym razem jednak zdecydowałam się na bardzo szybki deser. Crumble z jabłkami i brzoskwiniami.
Deser błyskawiczny, banalnie prosty i niesamowicie smaczny. Bogaty w owocowe nadzienie, które jest przykryte cienką warstwą kruszonki. Można podać z budyniem albo w towarzystwie lodów i bitej śmietany. A do tego bardzo prosto można zastąpić tradycyjną kruszonkę wersją bardziej dietetyczną.
Składniki:
-4 jabłka
-3 łyżki wody
-jeśli macie to także brzoskwinie
-cynamon
-2 łyżki cukru
-6 łyżek mąki
-3 łyżki masła
Wersja lżejsza kruszonki:
-szklanka płatków owsianych
-3 łyżki masła
-łyżka/dwie cukru trzcinowego
Deser błyskawiczny, banalnie prosty i niesamowicie smaczny. Bogaty w owocowe nadzienie, które jest przykryte cienką warstwą kruszonki. Można podać z budyniem albo w towarzystwie lodów i bitej śmietany. A do tego bardzo prosto można zastąpić tradycyjną kruszonkę wersją bardziej dietetyczną.
Składniki:
-4 jabłka
-3 łyżki wody
-jeśli macie to także brzoskwinie
-cynamon
-2 łyżki cukru
-6 łyżek mąki
-3 łyżki masła
Wersja lżejsza kruszonki:
-szklanka płatków owsianych
-3 łyżki masła
-łyżka/dwie cukru trzcinowego
Jabłka obieramy i kroimy w kostkę. Wrzucamy do garnka albo na głęboką patelnię, dolewamy wodę i dusimy 15 minut. Przekładamy do naczynia żaroodpornego, dorzucamy brzoskwinie, posypujemy cynamonem. Wyrabiamy kruszonkę - mąkę z cukrem i masłem (im zimniejsze tym lepsze), staramy się robić to szybko. Pokrywamy owoce i wstawiamy do piekarnika na 200 stopni na ok pół godziny.
***
Delikatna zmiana planu zajęć i od razu bardziej mi się podoba ;) Niestety, dzisiaj na 8.30 i od 10.00 mam 2.5h wolnego w oczekiwaniu na kolejne zajęcia...Niby 25 minut do domu, ale jednak nie chce mi się latać tam i z powrotem, żeby posiedzieć w domu półtorej godziny. Wolę zostać ze znajomymi na wydziale.
Po zajęciach idziemy z D. zorientować się w kursach językowych oferowanych przez naszą uczelnię, bo interesuje nas niemiecki, a koszt kursu to 30zł + podręcznik, więc prawie za darmo. Mam nadzieję, że wybrane terminy będą nam pasowały. A po południu niespodziewane korki z matmy.
Udanego tygodnia :)
niedziela, 26 lutego 2012
mini serniczki, babeczki serowe, z brzoskwiniowym skarbem
Leniwy dzień, ale nie bezproduktywny. Taki spojony, powolny, z pobudką przy bliskiej osobie, ze wspólnym przygotowywaniem śniadania. Z rozkoszowaniem się kawą przy oglądaniu porannego programu. Pełen rozmów, uśmiechów i odpoczynku. Nareszcie! Tego mi brakowało w ostatnim czasie. A jak już o brakach mowa, to musiałam także nadrobić słodkie wypieki. Nazbierałam mnóstwo przepisów, tylko czasu nie miałam przez ostatnie dwa tygodnie, więc w sobotę trochę zaszalałam. Obserwując jak w słoneczny dzień niebo zasuwa się burzowymi, granatowymi chmurami zabrałam się do pracy.
Na pierwszy ogień (albo raczej grzałki w piekarniku) poleciały herbatniki, brzoskwinie i pudełko białego twarogu. Trzykrotnie mielonego. I powstały babeczki serowe z zakopanym, brzoskwiniowym skarbem.
Wszystko dzięki Młodej, która ostatnio sięga po babeczki z proszku, a potem zbiera papilotki i mi oddaje. Zebrało się ich 24, odpowiednio twardych (do użytku miękkich potrzebuję blachy, której wciąż nie mogę kupić). Zawartość jest kremowa, biała, delikatna i w odpowiedniej ilości. Do tego kawałek brzoskwini dla przełamania smaku. Przepis zaczerpnęłam z Kwestii Smaku, powtarzam z drobnymi modyfikacjami.
Składniki na ok 12 porcji:
-450g twarogu
-pełna łyżka mąki
-1/4 szklanki cukru
-białko
-5-10 dag herbatników/ciasteczek digestive
-2 połówki brzoskwiń z puszki
Piekarnik nagrzać do 160 stopni. Ciastka pokruszyć i uklepać w foremkach. Co do ich ilości to ciężko określić ile powinno być. Autorka przepisu podaje 150g, a ja zużyłam maksymalnie 50g. Nie zaszkodzi kupić więcej, herbatniki zawsze można zjeść ;) Ser wymieszać z mąką, cukrem i białkiem. Nałożyć do foremek, do każdej dodać kawałek brzoskwini. Wstawić do piekarnika i piec ok 25 minut. Wyjąć i ostudzić.
***
Dzień z książką i herbatą. Wieczorem spacer, a także kolacja z moimi rodzicami w postaci fondue.
Dzisiaj w planach kościół, obiad u rodziców, a wieczorem spotkanie ze znajomymi. A w poniedziałkowy ranek zamierzam wybrać się na zumbę, w końcu! Na dobry początek dnia (i tygodnia), przed serią wykładów.
I na koniec obrazek, który mnie wczoraj ogromnie rozbawił:
Na pierwszy ogień (albo raczej grzałki w piekarniku) poleciały herbatniki, brzoskwinie i pudełko białego twarogu. Trzykrotnie mielonego. I powstały babeczki serowe z zakopanym, brzoskwiniowym skarbem.
Wszystko dzięki Młodej, która ostatnio sięga po babeczki z proszku, a potem zbiera papilotki i mi oddaje. Zebrało się ich 24, odpowiednio twardych (do użytku miękkich potrzebuję blachy, której wciąż nie mogę kupić). Zawartość jest kremowa, biała, delikatna i w odpowiedniej ilości. Do tego kawałek brzoskwini dla przełamania smaku. Przepis zaczerpnęłam z Kwestii Smaku, powtarzam z drobnymi modyfikacjami.
Składniki na ok 12 porcji:
-450g twarogu
-pełna łyżka mąki
-1/4 szklanki cukru
-białko
-5-10 dag herbatników/ciasteczek digestive
-2 połówki brzoskwiń z puszki
Piekarnik nagrzać do 160 stopni. Ciastka pokruszyć i uklepać w foremkach. Co do ich ilości to ciężko określić ile powinno być. Autorka przepisu podaje 150g, a ja zużyłam maksymalnie 50g. Nie zaszkodzi kupić więcej, herbatniki zawsze można zjeść ;) Ser wymieszać z mąką, cukrem i białkiem. Nałożyć do foremek, do każdej dodać kawałek brzoskwini. Wstawić do piekarnika i piec ok 25 minut. Wyjąć i ostudzić.
***
Dzień z książką i herbatą. Wieczorem spacer, a także kolacja z moimi rodzicami w postaci fondue.
Dzisiaj w planach kościół, obiad u rodziców, a wieczorem spotkanie ze znajomymi. A w poniedziałkowy ranek zamierzam wybrać się na zumbę, w końcu! Na dobry początek dnia (i tygodnia), przed serią wykładów.
I na koniec obrazek, który mnie wczoraj ogromnie rozbawił:
wtorek, 21 lutego 2012
bułeczki z czterech mąk z otrębami
1200km drogi, 12 godzin jazdy i w końcu wróciliśmy do domu :) Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej! Rodzicielka o nas zadbała i zastaliśmy lodówkę pełną jedzenia, a do tego na blacie znalazłam nowy mikser, czyli nie muszę się bać, że masa będzie zbyt gęsta dla mojego blendera. Sporym plusem naszego wyjazdu było wstawanie wcześnie rano, bo teraz nie mamy z tym dużego problemu. Wspólne śniadanie i na zajęcia. A cóż lepiej pasuje do wspólnego śniadania niż świeże, domowe bułeczki? Upieczone z czterech mąk, w połowie razowe, i niesamowicie pyszne. Nigdy nie byłam fanką grahamek i bułek razowych, bo smakowały jak tektura, ale domowe zmieniły moje spojrzenie. Dzięki temu mam równie dobre pieczywo, ale w zdrowszej wersji.
Składniki na 4-6 bułek:
-225g mąki, tak naprawdę możecie użyć dowolnej, ja połączyłam
pszenną chlebową i pełnoziarnistą oraz żytnią chlebową i pełnoziarnistą
-2 łyżki otrębów
-100ml ciepłego mleka + 50ml wody
-łyżeczka soli
-łyżeczka cukru
-ok 10-15g drożdzy
-2-3 dag masła
Drożdże kruszymy do miseczki, dodajemy cukier i dolewamy ciepłe mleko z wodą. Mieszamy i pozostawiamy na 5-10 minut. Mąki wsypujemy do miski, dodajemy otręby, sól, drożdże z mlekiem i roztopione masło. Wyrabiamy wszystko przez kilka minut na miękkie, elastyczne ciasto. Zostawiamy do wyrośnięcia na ok godzinę (do podwojenia objętości). Z ciasta robimy niewielkie porcje i formujemy bułeczki, odstawiamy na pół godziny. Pieczemy w 220 stopniach przez 15-20 minut.


***
Dwa dni na uczelni za mną, niektóre zajęcia wydają się być bardzo fajne, inne trochę mniej. Ale w końcu mamy więcej informatyki ;) Oczywiście są też małe paranoje np. zaliczenie przedmiotu przez chodzenie na wykłady albo na kolokwium, na którym można współpracować ze sobą i korzystać ze wszystkich materiałów. Z drugiej jednak strony, zawsze trochę mniej nauki.
W ostatecznej wersji plan wygląda lepiej niż wcześniej, nie mogę za dużo narzekać. Jutro trochę się wyśpię, bo mam na później, a czwartek wolny.
Wieczorem wybieramy się do moich rodziców pokazać zdjęcia i poczęstować czekoladkami, które są przepyszne! Dostaliśmy jeszcze w prezencie masę przeróżnych serów, więc zajmują pół lodówki. Ale testujemy i smakujemy :)
Wielki Post nadchodzi, a nasza choinka dalej stoi ubrana...
niedziela, 19 lutego 2012
Szwajcaria serem płynąca
Dzisiaj będzie bez przepisów, ale wciąż o jedzeniu i to nie na słodko. Oprócz czekolady ze Szwajcarią kojarzą się sery - ciężkie, intensywne zapachowo i smakowo. Zdecydowanie różne od tych, które głównie znajdziemy w naszych sklepach. Na kanapkach niekoniecznie mi smakowały, ale musiałam spróbować tradycyjnych, szwajcarskich potraw serowych.
Domowe fondue serowe, w uproszczonej wersji. W tutejszych sklepach są specjalne mieszanki serowe, które wystarczy wymieszać z winem i podgrzać albo wersja, którą wystarczy otworzyć, wstawić do mikrofalówki i smacznie zajadać :) Będąc w Zurychu chcieliśmy skorzystać z tramwaju fondue, jednak Szwajcarzy to bardzo mało spontaniczny naród i pomimo wolnych biletów nie chcieli nam sprzedać, bo przychodząc trzy godziny przed odjazdem, okazało się, że to za późno. Za to zjedliśmy w domu :)
Domowe fondue serowe, w uproszczonej wersji. W tutejszych sklepach są specjalne mieszanki serowe, które wystarczy wymieszać z winem i podgrzać albo wersja, którą wystarczy otworzyć, wstawić do mikrofalówki i smacznie zajadać :) Będąc w Zurychu chcieliśmy skorzystać z tramwaju fondue, jednak Szwajcarzy to bardzo mało spontaniczny naród i pomimo wolnych biletów nie chcieli nam sprzedać, bo przychodząc trzy godziny przed odjazdem, okazało się, że to za późno. Za to zjedliśmy w domu :)
Porcja idealna dla dwóch osób na kolację, "czerwone" zabieramy do Polski, w ramach prezentów
Druga znana potrawa z sera to raclette.
Słowo "raclette" jest związane z potrawą wytwarzaną ze specjalnego gatunku sera, podgrzewanego nad ogniem na małych patelenkach. Pierwotnie potrawa była przyrządzana przez szwajcarskich pasterzy na gorących kamieniach ułożonych wokół paleniska.
Raclette można nazwać:
Rodzaj produkowanego w Szwajcarii sera,
Sposób przyrządzenia sera wraz z innymi składnikami,
Urządzenie elektryczne do przyrządzania raclette, zwykle połączone z domowym grillem.
Raclette można nazwać:
Rodzaj produkowanego w Szwajcarii sera,
Sposób przyrządzenia sera wraz z innymi składnikami,
Urządzenie elektryczne do przyrządzania raclette, zwykle połączone z domowym grillem.
Na dworcu w Zurychu wpadliśmy na targ, gdzie panowało mnóstwo zachęcających zapachów. Zgłodniali postanowiliśmy się na coś skusić, stanęło na raclette z chlebem. W towarzystwie konserwowych ogórków, cebulek i kukurydz, ser posypany papryką.
Niestety nasz wyjazd dobiega końca, jeszcze przed nami długa podróż do domu. To był bardzo udany tydzień, wyjeździliśmy się i naoglądaliśmy wspaniałych widoków. Mam nadzieję, że za rok uda się powtórzyć :) A od jutra bolesny powrót do rzeczywistości, nowy semestr, nowe wyzwania.
Na koniec kilka zdjęć z ostatnich dni...
3020 m.n.p.m. lodowiec Titlis
freeride'owa trasa, czyli jak wkopać się w śnieg ;)
2564 m n.p.m., najszczęśliwsi!
szwajcarski karnawał,
orkiestra z twarzami pomalowanymi w kolorach kantonów
snowboard day :)
widok z gondolki, w czasie zjazdu z dołu stoku na parking
Subskrybuj:
Posty (Atom)




