photo 1_zpsf71e6e78.png photo 2_zpsa04d1f5f.png photo 3_zps76d47384.png
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dźwięków kilka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dźwięków kilka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 maja 2012

alternatywa dla grillowania

Kiełbaski, boczek, karkówka. Cukinia, papryka, cebula. Chleb, ketchup, musztarda. Zapach dymu. Obraz polskich weekendów od maja do września, czyli grillowanie i ogniska. Po majówce sezon został rozpoczęty. Co zrobić, gdy pogoda nie dopisuje albo nie mamy możliwości na grillowanie ze znajomymi? Albo po prostu mamy ochotę na dobry obiad w domu?
Pogrillować sobie w domu! Zrobić szaszłyki z piekarnika. Z racji niekupionych patyczków do szaszłyków, my mieliśmy zawijańce drobiowe z szynką schwarzwaldzką i mozzarellą oraz koreczki z cukinii i papryki. I domowe frytki ziołowe.


Składniki na 2 porcje:
-pojedyncza pierś z kurczaka
-2-3 plasterki szynki szwarzwaldzkiej
-mozzarella
-cukinia
-papryka
-pół cebuli
-kilka dużych ziemniaków
-oregano, bazylia, papryka słodka, chilli, oliwa, czosnek




Ziemniaki obieramy, kroimy na frytki albo cienkie łódeczki i wkładamy do garnka. Obsypujemy ziołami, papryką, chilli oraz dolewamy nieco oliwy, wszystkie mieszamy. Wysypujemy na blachę i pieczemy 30-40 minut w 200 stopniach.
Mięso rozcinamy na pół i rozbijamy na cienkie filety. Nacieramy ziołami i czosnkiem. Kładziemy trochę szynki, na to mozzarellę i zwijamy. Wbijamy wykałaczkę, żeby się nie rozwaliły. 
Cukinię kroimy w talarki, paprykę w dużą kostkę. Nabijamy, pomiędzy wsadzamy nieco cebuli. Mięso i warzywa układamy w naczyniu żaroodpornym posmarowanym tłuszczem. Pieczemy 20 minut w 200 stopniach (górne i dolne grzanie).



***
Weekend w Krakowie był super! Mimo niepogody naprawdę dobrze się bawiliśmy. Dostaliśmy oficjalne zaproszenie na ślub i wesele znajomych L., także 28 lipca będziemy się bawić :)
Koncert Apocalyptici był niesamowity. To jest niewyobrażalne co ci goście potrafią zrobić z tymi instrumentami. Widzieliście kiedyś pogo do koncertu na wiolonczelach? 
Ich muzyka zainteresowała mnie kilka ładnych lat temu, w gimnazjum. Uwielbiam ich album bazujący na utworach Metallici. A kiedy w czasie dyskusji z moim dziadkiem o muzyce metalowej puściłam mu jeden z ich kawałków zmienił zdanie i stwierdził, że faktycznie jest coś ujmującego w tym brzmieniu.


Metody numeryczne. Środa 12.30. Fuj, fuj, fuj...

wtorek, 24 stycznia 2012

serowa zapiekanka na bakłażanach i sesja, sesja...

Ostatnio dochodzę do wniosku, że chyba powinnam stworzyć specjalną etykietę dla przepisów z bakłażanami ;) Stał się jednym z moich ulubionych kulinarnych składników. I myślę, że bardzo dobrze. Oprócz swoich walorów smakowych, bakłażany są bardzo zdrowe - to  źródło błonnika, witaminy C, A i B2 oraz pierwiastków takich, jak: wapń, żelazo, fosfor i potas. Nadaje się do wielu potraw, u mnie średnio ląduje na talerzu raz na tydzień/dwa. Dzisiaj, w biegu od egzaminu do kolokwium, prezentuję zaległy przepis na zapiekankę serową na bakłażanach.


Składniki dla dwóch osób:
-mały bakłażan
-papryka
-pół puszki kukurydzy
-kilka plasterków szynki
-2 jajka
-5-6 trójkącików serka topionego
-4 łyżki jogurtu naturalnego
-trochę startego żółtego sera
-przyprawy

Bakłażana kroimy na plasterki, które solimy i odstawiamy na pół godziny. Kładziemy na dnie żaroodpornego naczynia i wstawiamy na 5-10 minut to piekarnika rozgrzanego do 200 stopni. W tym czasie przygotowujemy nadzienie serowe - miksujemy serki z jogurtem, jajkami i przyprawami. Kroimy szynkę i mieszamy z masą serową. Wyciągamy naczynie z bakłażanami, zalewamy masą serową, na górę wrzucamy pokrojoną paprykę i kukurydzę. Wstawiamy do piekarnika na 20 minut, tuż przed końcem obsypujemy wierzch serem żółtym.

***
Dwa dni sesji za mną. Wczoraj egzamin z elektroniki, gdzie część zadaniowa okazała się być wesołą twórczością większości studentów. A do tego metoda na naukę teorii zawiodła i to z mojej winy! Otóż, było zestawienie pytań z ostatnich lat, na podstawie którego wnioskowaliśmy, że nie trzeba się uczyć 45 pytań, wystarczy ok 8, żeby bez problemów zaliczyć (bo pewne dwa zagadnienia pojawiały się zawsze, a kilka też było dość częstych). Ale chwilę przed egzaminem zażyczyłam sobie rzadkich, aczkolwiek prostych pytań - prostowniki, sprzężenie zwrotne i układ całkujący, a pozostałe dwa pytania to obojętne (trzeba zaliczyć 3 pytania z 5, żeby zdać teorię). I cóż, spełniły się moje trzy życzenia, rujnując całkowicie przewidywania statystyczne ;) Wyniki jutro, może jakimś cudem zaliczę.
Dzisiaj miał być drugi egzamin. Tak, MIAŁ BYĆ. Bo się nie odbył. Osoba prowadząca, z tytułem profesora, zapomniała, że dzisiaj jest egzamin. Nie żeby były rozpiski, nie żeby notowała, nie żebym potwierdzała to trzy razy. Egzamin jest za tydzień, a my będziemy się starać zrobić tak, żeby nie musieć go pisać :pp

W ramach przerwy od nauki skoczyłam do centrum handlowego, gdzie znalazłam fajną czapkę. Zrobię ciacho, obiad i znów będę siadać do notatek, bo mam w tym tygodniu jeszcze dwa kolokwia i nie wiem kompletnie czego się na nie uczyć...


piosenkę poznałam na zumbie, ostatnio usłyszałam w radiu, a od dwóch dni
katują nią L., bo dobrze mi się przy niej uczy :)

piątek, 20 stycznia 2012

muzyczny apfelstrudel

Jeszcze 3 tygodnie, w czasie których muszę zacząć więcej ćwiczyć (szczególnie mięśnie nóg) i jedziemy z L. na narty :) W chwili obecnej planujemy jechać za granicę, w związku z tym postanowiłam sobie trochę poprzypominać cały wysiłek, który włożyłam w naukę niemieckiego w szkole (bo przecież, język wroga trzeba znać). Z tego mojego całego przypominania zawędrowałam do kuchni, gdzie postanowiłam sobie przypomnieć smak pewnej potrawy, podawanej w naszym gliwickim Hemingwayu - strudla z jabłkami. Myślę, że deser w klimacie moich zamierzeń, w końcu wywodzący się z kuchni austriackiej. Cienkie, nie-słodkie ciasto, środek pełen jabłek z cynamonem. Niebo w gębie, a w zasadzie na talerzu. Apfelstrudel bez rodzynek ;)


Składniki:
-250g mąki
-100 ml ciepłej wody
-jajko
-1/2 łyżeczki octu 6%
-szczypta soli
-2 łyżki oleju
-5 dużych jabłek
-cynamon
-2-3 łyżki cukru
-ewentualnie rodzynki
-pół szklanki bułki tartej
-10 dag masła
-płócienny albo bawełniany materiał (stary obrus? duuuża ścierka?)
-cukier puder do posypania
-bita śmietana do podania



Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni.

Mąkę łączymy z wodą, solą, olejem, octem i jajkiem. Zagniatamy na elastyczne, gładkie ciasto. W razie potrzeby dodajemy trochę wody albo mąki. Zagniatamy kulę, smarujemy olejem i zostawiamy pod przykryciem na pół godziny.
Jabłka obieramy i kroimy na plasterki, a bułkę tartą podsmażamy na połowie masła.
Materiał rozwijamy, oprószamy solidnie mąką i rozwałkowujemy ciasto w kształt prostokąta, najcieniej jak się da. Następnie staramy się delikatnie ciasto ponaciągać, żeby było półprzezroczyste. Odkrawamy grubsze boki, obsypujemy 1/3 ciasta połową bułki tartej, nakładamy na ten obszar jabłka, a następnie przyprawiamy obficie cynamonem, cukrem do smaku i rodzynkami, jeśli chcecie (my z L. nie lubimy rodzynek, więc ich nie dałam). Na górę sypiemy pozostałą bułkę tartą.


Teraz zawijamy jak roladę, przy pomocy materiału, na którym leży ciasto. Przekładamy ostrożnie na blachę obficie polaną olejem, i smarujemy ciasto z wierzchu pozostałym, roztopionym masłem. Pieczemy w rozgrzanym piekarniku z termoobiegiem ok 35 minut, aż się wierzch ładnie zarumieni. Po upieczeniu warto wyjąć dość szybko ciasto z blachy i położyć na papierze do pieczenia, żeby część tłuszczu odsączyć. Posypujemy cukrem pudrem i podajemy na ciepło, w towarzystwie bitej śmietany i lodów waniliowych.




                           

***
Wczoraj wieczorem wybraliśmy się z L. do naszego Teatru Muzycznego, który mamy po drugiej stronie ulicy :) Byliśmy na widowisku muzyczno-taneczmy "The Beatles & Queen". Widowisko złożone z dwóch części, w których tancerze prezentowali historię "bitelsów" i Fredy'ego w rytm największych przebojów. Momentami trochę się nudziliśmy - wolne kawałki, dwoje tancerzy. Jednak przy największych hitach zabawa była super, a tancerze chyba lepiej się bawili niż widownia ;)


A dzisiaj uczelnia do południa, a potem wracam do domu i trzeba się uczyć.
Pamiętacie, że jutro i pojutrze mamy dni dziadka i babci?

czwartek, 12 stycznia 2012

spaghetti dla zakochanych, wprost z bajki + konkurs

Jestem fanką starszych bajek dla dzieci, szczególnie tych, na których się wychowałam. Ale Wy o tym pewnie wiecie, z nie jednego wpisu i nie jednej rozmowy ;)
Jednak, nie wiem czy wspomniałam, że w przedszkolu często odgrywaliśmy sceny z Pocahontas albo Czarodziejki z księżyca. A ja zawsze miałam tytułową rolę i byłam bardzo niepokorna (zawsze marzyłam, żeby być zielonym Power Rangersem i kopać wszystkim tyłki). Uwielbiam bajki mojego dzieciństwa, jednak jest kilka, które darzę szczególną sympatią. Oprócz wyżej wspomnianej Pocahontas, była jeszcze wojownicza Mulan, zaginiona księżniczka Anastazja oraz wspaniała para zwierzaków, bohaterowie jednej ze starszych bajek DisneyaBajki miały (i wciąż mają) ogromny wpływ na moją osobowość, a także pomysły. Ostatnio postanowiłam zrobić najbardziej romantyczne danie świata, inspirowane jedną z moich ulubionych bajek.
Spaghetti z klopsikami w sosie pomidorowym. 




Danie bajecznie proste i przepyszne. A dlaczego najbardziej romantyczne? Kto z Was oglądał "Zakochanego kundla"? Ci, którzy widzieli na pewno pamiętają scenę z włoskiej restauracji. A dla tych, którzy bajki nie widzieli - Lady i Tramp siedzą w restauracji, gdzie pewien Włoch podaje im kolację, spaghetti z klopsikami. Tramp popycha noskiem kawałek mięsa do swojej ukochanej, a potem...




Składniki na dwie porcje:
-40 dag mięsa mielonego
-2 łyżki otrębów owsianych
-jajko
-makaron spaghetti
-puszka pomidorów
-2 szklanki bulionu
-trochę sera żółtego
-sól, pieprz, bazylia, oregano, papryka słodka, cukier i czosnek




Mięso mielone mieszamy razem z otrębami, jajkiem oraz solą i pieprzem, formujemy z nich małe kuleczki. Bulion gotujemy i kiedy będzie bardzo gorący wrzucamy do niego kulki mięsne, przykrywamy i gotujemy 10 minut.W tym czasie zabieramy się za gotowanie makaronu i przygotowanie sosu pomidorowego (miksujemy pomidory, doprawiamy) i podgrzewamy. 
Po 10 minutach odlewamy większość płynu z kulek mięsnych i dolewamy połowę sosu, mieszamy delikatnie i gotujemy kolejne 5 minut. Chwilę przed końcem możemy dodać starty ser żółty. Następnie nakładamy i voila! 




***
Układy cyfrowe też zaliczone :) Dzisiaj napisane kolejne kolokwium, jutro z angielskiego (z, uwaga, aż 4 - słownie czterech - stron podręcznika).
Planowanie planowaniem, a z dnia na dzień życie plany potrafi pozmieniać. Ostatnio nie czuję się za dobrze, L. ma sporo pracy na uczelnię ostatnio, więc z balu przebierańców na lodzie nici. Dodam - jak co roku, bo znów próbuję się wybrać, a mi się nie udaje. Za to w sobotę jadę z rodzicami na narty <3 i przymierzamy się z L. do zakupu biletów na Bal Wydziałowy, który odbędzie się na koniec sesji.
Przyfrunęła do mnie także kolejna pocztówka - tym razem z Chin! 


A na koniec, fragment bajki, która lat już trochę ma, ale miałam okazję zobaczyć ją dopiero kilka miesięcy temu...




I zapomniałam, że to dziś - byłoby mi bardzo miło, jeśli zagłosowalibyście na mnie w konkursie na Blog Roku 2011!

SMS za 1,23 o treści H00363 pod numer 7122 :)

wtorek, 10 stycznia 2012

z okazji setnego wpisu - tort chałwowy!

Bloguję od końca podstawówki. I jak tak się zastanawiam to aż trudno mi uwierzyć, że było to blisko 9 lat temu? Począwszy od PoKeMoNoFFyCh (aż mi wstyd) wpisów liczących 3-4 linijki o szkole, przez rozmowy z samą sobą, do chwalenia się ciastkami, które upiekłam. Przez kilka różnych miejsc, aż trafiłam tutaj. I dzisiaj, w ciągu niecałych 8 miesięcy, publikuję mój setny wpis - co daje ok. 12,5 wpisu na miesiąc. Cieszę się, że tu trafiłam, że zaczęłam piec i gotować oraz dzielić się tym z Wami. Przyznam, że ciężko mi pisać TYLKO co dwa dni ;) Na tę okazję mam szczególny, urodzinowy przepis. Tort chałwowy upieczony dla L. w ostatni weekend na spotkanie z jego rodziną, a także odwiedziny u moich rodziców. Zmieniałam koncepcję w trakcie pieczenia i wykonywania, ale efekt jest bardzo smaczny i zaskakujący, bo chociaż chałwy nie lubię, tak tort mi bardzo smakował.



Składniki:
biszkopt (22cm)
-5 jajek w temp. pokojowej
-3/4 szklanki cukru
-3/4 szklanki mąki pszennej
-1/4 mąki ziemniaczanej


Białka ubijamy z szczyptą soli na sztywną pianę, pod koniec dosypujemy cukier i ubijamy lśniący krem. Potem stopniowo dodajemy żółtka, stale ubijając. Na koniec przesiane mąki.
Piekarnik ustawiamy na 160-170 stopni i pieczemy ok 35 minut. Sprawdzamy suchość ciasta zaraz po upieczeniu patyczkiem, i zrzucamy blachę z wysokości 60 cm na koc. Następnie wstawiamy biszkopt do uchylonego piekarnika i studzimy.

Krem chałwowy:
-2 jajka
-miękka kostka masła
-35 dag ulubionej chałwy
-2/3 szklanki drobnego cukru (ja dałam 1/3 i był idealnie słodki)
-2 łyżki likieru


zdjęcie robione po wszystkich poczęstunkach i imprezach,
tort przechowujemy w zimnie, żeby nam masa się nie rozpływała ;)


Masło ubijamy na puszysty krem. Jajka razem z cukrem musimy ubić na parze - do garnka wlewamy niewiele wody i gotujemy, na górę stawiamy szklaną albo metalową miskę, tak aby nie dotykała ona wody w garnku. Wbijamy jajka dosypujemy cukier i ubijamy jajka przez kilka minut, aż powstanie krem - trochę gęstszy, jasny, bardzo puszysty, powinien podwoić swoją objętość. Odstawiamy do przestudzenia.

Ubite jajka dodajemy niewielkimi porcjami do masła i miksujemy, pod koniec ubijania dodać likier. Mój był czekoladowo-wiśniowy, ale tak naprawdę prawie go nie czuć ;) Następnie dodać pokruszoną chałwę i wymieszać (zmiksowałam). Wstawiamy naczynie z kremem do lodówki, ale pamiętajcie, żeby je wyjąć pół godziny przed przekładaniem, bo ja tego nie zrobiłam i trochę się męczyłam smarując. Masy chałwowej starczyło na dość solidne przełożenie tortu, pokrycie wierzchu i jeszcze trochę zostało.




Druga warstwa w torcie to 200ml schłodzonej, ubitej śmietany kremówki. Blaty nasączyłam sokiem z cytryny wymieszanym z wodą, a obsypałam tort posiekanymi orzeszkami ziemnymi niesolonymi. 


***
Muszę się Wam pochwalić - zaliczyłam wszystkie zadania na kolokwium z elektroniki! Uffff, przynajmniej jeden przedmiot do przodu (co prawda jest jeszcze egzamin, ale za 2 tygodnie, więc jeszcze o nim nie myślę). Dzisiaj ze skrzynki wyciągnęłam dwie pocztówki postcrossingowe - z Australii i z Holandii :) Na moim biurku leżą kolejne trzy do wysłania (USA, Rosja i Finlandia).
W czwartek bal przebierańców na lodzie - jeszcze nie wiem za kogo się przebiorę, ale na pewno pochwalę się jakimiś zdjęciami :)
A na koniec piosenka, która chodzi za mną i chodzi, ale w bardzo ciekawej aranżacji...



A tym czasem zabieram się za obiad wzorowany na pewnej bajce Disneya ;)

poniedziałek, 28 listopada 2011

chleb czeski

Zanim pojawił się podkomisarz Marek Oporny, zanim pojawiła się smaczna ekipa z "Przepisu na życie", zanim postanowiono odświeżać zagraniczne telenowele w wersji polskiej, za inseminować Majkę czy stworzyć życiową rolę Małgorzacie Socha (nie wiem jak odmienić nazwisko), czyli słynną Violę Kubasińską. Kiedy to Ania Mucha zaczynała być Magdą Marszałek, a w "Tańcu z Gwiazdami" tańczyły znane powszechnie osoby był pewien serial. Wtedy, Paweł Małaszyński, nie był jeszcze znanym i kochanym przez kobiety aktorem, Joanna Brodzik ciągle miała przypiętą łatkę "Kasi od Wilczaka", a Kasia Herman szczerzyła się wraz z gromadką dzieci z serialu, a nie ze swojej kuchni w reklamach. Pan prawnik, pani prawnik, ścianka wspinaczkowa, kot Maniek, słoneczniki i lody z popcornem. Ktoś pamięta jeszcze Magdę M.? 
Wpadłam na powtórkę w czasie przedpołudniowego chorobowego biegu po kanałach i przypomniałam sobie, co mnie tak urzekło w tym serialu. Bardzo fajnie dobrana muzyka, polska muzyka! I chociaż za Myslovitz nie przepadam, to tak lubię ten kawałek...


Dzisiejszy dzień minął spokojnie, szybkie laboratoria, a potem judo <3 Popołudniu korki, a potem czekanie na L., który poszedł na fakultatywny wykład, ale że prowadzący spóźnili się 1,5h to wszystko się przeciągnęło...A miałam plan pojechać do sklepu zakupy zrobić i zacząć oglądać materiały potrzebne do robienia świec. W zamian za to testuję nowy przepis na chleb. Już nie mogę się doczekać, chociaż nowe przepisy zawsze robię z niepokojem czy mi wyjdą. Tak też było w przypadku chleba czeskiego, który zastanawiał mnie swoim składem, bo po raz pierwszy postanowiłam dołożyć drożdże. Przepis, jak większość chlebowych, zawdzięczam Arabesce.


Składniki:
- 1/2 szklanki zakwasu żytniego (150g)
- 1 szklanka ciepłej wody
- 2 dag drożdży świeżych lub łyżeczka suszonych
- 2 i 1/2 szklanki mąki pszennej chlebowej
- 3/4 szklanki mąki żytniej jasnej
- 1 i 1/2 łyżeczki soli

Do dużej miski wlewamy wodę, dosypujemy mąki, sól i drożdże. Wszystko razem mieszamy. Dodajemy zakwas i mieszamy jeszcze raz. Ciasto wyrabiamy przez około 8 minut, aż zrobi się jednolite i elastyczne. Następnie przykrywamy i odstawiamy na 10 minut. Po upływie tego czasu ponownie wyrabiać przez 7 minut.
Ciasto zostawiamy do wyrośnięcia na ok 2,5h. Formujemy bochenek i zostawiamy pod przykryciem na 1 - 1,5 godziny. Nacinamy i pieczemy w 220 stopniach przez 30-40 minut, do piekarnika wstawiamy także naczynie żaroodporne wypełnione do 3/4 wodą.

Chleb ładnie wyrasta, jest bardzo smaczny, lekko wilgotny i dłużej zachowuje świeżość niż te na samym zakwasie. Naprawdę polecam :) Dodam też, że muszę przygotować bochenek do degustacji dla rodziny L. jak do nich pojedzie, bo zawsze chwalą moje wypieki i są ciekawi jak smakuje taki domowy chlebek.

poniedziałek, 24 października 2011

m jak...

Monologi i myśli. Które tworzą się i siedzą w mojej głowie. Jak idę codziennie na uczelnię albo z niej wracam. Tworzę, wymyślam, rozważam, planuję, rozmawiam sama ze sobą, wspominam i uśmiecham się sama do siebie. Do tego dochodzi muzyka, którą słucham. Zakładam słuchawki, śpiewam sobie pod nosem i prawie tańczę na przejściach. A że przez długi czas zapominałam o słuchawkach, to teraz leżą sobie na stałe w kieszeni kurtki.
MIASTO. Moje miasto. Które uwielbiam i gdybym miała określić je jednym słowem, byłoby to "odpowiednie". Bo dla Gliwice takie właśnie są. Nie za małe, nie za duże. Dość zielone. Na ogół mało śląskie, ale w pewnych miejscach AŻ za bardzo. Nie lubię wstawać, kiedy za oknem jest ciemno, ale mój widok z okna, który jest bardzo miejski, poprawia mi humor. Zaspane bloki, pojedyncze światła w oknach i do tego wszystko zamglone.
I znam je całkiem nieźle, ale teraz będę musiała się uczyć pewnych miejsc na nowo. Postanowili zamknąć nam ulicę, powiem, że to dość ważna ulica dla komunikacji miasta była, przy której stoją budynki Politechniki. I zrobić piękny deptak - z amfiteatrem, klombami, krzaczkami, drzewkami, fontannami i Bóg wie czym jeszcze. Niestety, straciliśmy na tym sporo miejsc do parkowania i pozmieniali ruch na jednej z głównych ulic. Teraz idę na moje stare przejście, ale okazuje się, że go nie ma i muszę się cofnąć albo iść kolejne 80m.
Mam swoją ulubioną drogę na uczelnię, chociaż nie jest najkrótsza, ale najciekawsza. Mijam skwerek, dzieci biegnące do szkoły i kilka cukierni, gdzie widzę kuszące pączki w zestawie z kawą. Muszę kiedyś wejść i spróbować ;) A w tle leci mi gdzieś tam...






Miłość, której jest sporo w moim życiu. I jedna taka moja miłość, w postaci rodzicielki, zabroniła mi siedzieć w kuchni i piec/robić słodycze. Bo za dużo tego i potem wszystkich tym karmię i wszyscy muszą być na wiecznej diecie. I jak łatwo się domyślić, kłóci się to z moją miłością do kucharzenia.

Z powodu innej będę realizować się artystycznie w najbliższym czasie. Robiąc prezent na naszą rocznicę dla L. :) Mam nadzieję, że wyjdzie i pochwalę się jak zrobię i wręczę. Na razie muszę wymyślić kiedy to niespostrzeżenie zrobić, bo wymaga trochę czasu, a na naszych 32m kwadratowych ciężko znaleźć przestrzeń do tajemnego działania. 
A moje zamiłowanie do sportów, które uprawiam skończyło się obtarciami stóp po dzisiejszym judo. Mieliśmy zastępstwo z panem, który lubi opowiadać o elementach niedozwolonych w walce sportowej, ale "jeśli walczysz na ulicy o życie" to taka wiedza może być całkiem pomocna.


I na koniec makaron! Nie mogę powiedzieć, że uwielbiam makarony. Lubię spaghetti w różnych odsłonach, lubię nitki w rosole i świderki w pomidorowej. I ten, który moja mama używa do łazanek. Tak, z powodu zakazu i omletu na dzisiejszy obiad, kradnę przepis mojej mamie, a co!





Składniki na 4 porcje:
-makaron
-500 g kapusty kiszonej
-cebula

-8-10 pieczarek
-kiełbasa (chociaż osobiście bym ją usunęła z tego przepisu i zamieniła na mięso mielone+czosnek)
-2 liście laurowe
-3 ziarnka ziela angielskiego
-sól, pieprz, kminek, chilli



Kapustę kroimy, wrzucamy do wody razem z liśćmi laurowymi i zielem angielskim. Gotujemy ok. pół godziny, mieszając od czasu do czas i ewentualnie dolewając wody. Cebulę i pieczarki kroimy, podsmażamy, a gdy się zeszkli wrzucamy pokrojoną kiełbasę. Smażymy razem i wrzucamy do kapusty, całość doprawiamy jak chcemy. Mieszamy z ugotowanym makaronem i smażymy chwilę na patelni.

Jak napisałam wyżej, z chęcią zamieniłabym kiełbasę na mięso mielone :)


***
Wczoraj kolejny obiad u rodziców, a potem wizyta u dziadków. Mieliśmy oglądać ich zdjęcia z Turcji, ale zamiast tego skończyło się na degustowaniu miodów pitnych i dyskusjach o Izraelu między moim dziadkiem a L.
Tchibo (ci od kawy) prowadzą także sklep z ubraniami i mają sweter, jakiego szukam od 2-3 lat!




To chyba będzie kolejny ubraniowy zakup, ale jeśli nie dogadam się z mamą to będzie trochę odłożony w czasie ;)

I w końcu sprawdziliśmy czy mamy telewizję z puszki w ścianie, i mamy to samo co z naszej anteny. A że teraz antena stoi w mieszkaniu (żeby drzwi balkonowe się zamykały) to będziemy mogli ją oddać znajomemu i odzyskać trochę miejsca ;)

poniedziałek, 10 października 2011

primum non nocere

Powędrowałam. Między obiadem a karpatką, w ostatniej chwili biorąc parasol, co po dwóch minutach okazało się najlepszym pomysłem dnia. W nowej sukience, nowych rajstopach, butach, które mi lekko przemokły i obowiązkowo rękawiczkach, bo moje dłonie niesamowicie marzną. A że opcji nie było wiele, bo tylko (a może i aż) siedem to głos padł "przeciwko" komuś, a nie "za" kimś, bo politycy powinni brać przykład z lekarskiego kodeksu i "po pierwsze nie szkodzić". Moją ulubioną częścią wyborów jest cisza wyborcza, dlatego też proponuję rozkoszować się ciszą, kiedy tylko można albo zagłuszyć ją na swój sposób.


Dzisiaj jestem po metodach statystycznych, na razie kombinatoryka i prawdopodobieństwo. Nie lubię tego działu, nigdy nie lubiłam. Za dużo w nim gadania, rozważania i możliwości, a za mało liczenia. O wiele bardziej podobały mi się piętrowe pochodne i całki. Po godzinnej przerwie i wzajemnym zadawaniu sobie zagadek trzeba się było ruszyć na judo. Jeeeej, jak ja się stęskniłam za przewrotami, padami, rzutami i całą resztą. I zastanawiam się czy w zeszłym roku też miałam taką zdziwioną minę, jak nam trener pokazywał ćwiczenia. Były już drobne przymiarki do walki w parterze, ucierpiał trochę mój łokieć tzn. jest zdarty, ale było tak fajnie, że się tym nie przejmuję.

Przepis na dziś - chleb polski z przepisu Arabeski.


Składniki:
- 200 g zakwasu żytniego
- 550 g mąki białej pszennej chlebowej (typ 650)
- 50 g mąki pszennej razowej (typ 2000) lub otrąb owsianych
- 1 łyżeczka miodu

- 1 płaska łyżka soli
- 300 g letniej wody


Wszystkie składniki mieszamy w dużej misce i wyrabiamy sprężyste ciasto, które zostawiamy na 2-2,5 godziny do wyrośnięcia. W czasie wyrastania ciasto należy "złożyć" 2-3 razy. Następnie kształtujemy bochenek - zależnie od ochoty jest podłużny albo okrągły :) I zostawiamy do wyrośnięcia na ok. 70-75 minut. Piec rozgrzewamy do 260 stopni i tuż przed włożeniem chleba wytwarzamy parę w środku. Chleb szybko nacinamy, lekko zwilżamy górę i wstawiamy do pieca i pieczemy 10 minut. Potem obniżamy temperaturę do 230 stopni i pieczemy przez kolejne 20-25 minut. W 2/3 pieczenia odwracamy chleb na drugą stronę, żeby skórka była chrupiąca ze wszystkich stron :)


Przepis lubię "urozmaicić" mieszając różne mąki w miejsce 550g mąki pszennej chlebowej. Oczywiście z dodatkiem mąk razowych czy o wyższych typach nie można przesadzać. Moje ulubione proporcje - 300g mąki pszennej chlebowej, 150g mąki żytniej chlebowej (typ 720, na której robię zakwas), i po 50g razowej pszennej i żytniej. Jest różnica w smaku, i jeśli ktoś nie lubi ciemniejszego czy żytniego pieczywa to może mu nie smakować tak, jak wersja tradycyjna.  
***
I jeśli jeszcze raz ktoś mnie zapyta, po co mu matematyka i matura z matematyki to wyślę go na rozmowę z paniami kasjerkami z Cubusa. Wczorajsze zadanie brzmiało: "Czapka kosztuje 19,99, rabat wynosi 30%. Ile rodzicielka Kasi zapłaci za czapkę?". Obie babki przy kasie nie zaliczył tego zadania, zdaniem jednej 9,90, a drugiej 16,99. Wiem, że bywam złośliwa dla osób nieumiejących matematyki, ale pewna wiedza jest elementarna.

I z racji tego, że notki powstają stopniowo, to zdążyłam się już pozłościć przy obiedzie, pokrzyczeć i biedny L., że musi mnie znosić, jak się zdenerwuję. Idę robić tiramisu na poprawę humoru...
Życzę Wam, Kochani, wspaniałego tygodnia!

Dodane.
Przerywam czytanie Piekary, bo kupiłam sobie za nieduże pieniądze na allegro "Krew królów", czyli Thorwald o hemofilii. Jestem uzależniona od tych medycznych książek :pp 

piątek, 19 sierpnia 2011

cukinia, brzoskwinie, borówki, czyli pomysły na działkowo-ogródkowe cuda

Chodzę na zumbę, ćwiczę w domu, czasem robimy wypad rowerowy. Wszystko kosztuje mnie dużo wysiłku i hektolitry wody, bo upał i duchota dookoła, ale za to energii mam coraz więcej :)
Grill ze znajomymi bardzo udany, i studenci wcale nie potrzebują alkoholu, żeby się dobrze bawić. Gra 'Trivial pursuit' dostarcza sporo rozrywki, i chociaż początkowo grać nie chciałam, bo nie jestem fanką gier planszowych, to na końcu udało mi się wygrać. Zdarzały się pytania, których poziom abstrakcji był niepojęty np. "Jak nazywa się kopalnia soli w Wieliczce?" - "Eee <po chwili zastanowienia, stwierdzeniu, że nie wiem i jedyne co mi przychodzi do głowy to...> wieliczka?" - "Dobrze, ja bym na to nie wpadł". 


Grillowaliśmy w całkiem przyjemnym ogrodzie, chociaż w centrum zabudowań. Ogród albo działka to miła alternatywa dla miejskiego szumu. Mój prywatny "ogród" zwiera 4 kwiatki doniczkowe, mały skalniak na balkonie, pelargonie (które cały czas mylę z petuniami) i 5 ciętych, białych goździków w wazonie na parapecie, jednak zawsze mogę wyskoczyć na działkę do dziadka albo do ogrodu przy domu drugich dziadków. Ostatnimi czasy moja rodzina na emeryturze angażuje się w hodowanie owoców i warzyw. Zawsze były maliny i porzeczki u dziadków, ale teraz są jeszcze borówki, jeżyny, brzoskwinie, śliwki itd. Dziadek zawsze znajdzie "kilka" ogórków, cukinię albo owoce dla mnie, a potem razem z mamą łapiemy się za głowy jak stać się mistrzem układanek w lodówkach czy zamrażalnikach, bo na nic nie ma już miejsca.
Dlatego też większość potraw, które obecnie gotuję muszą zawierać coś z naszych zapasów :)

Placki ziemniaczano-cukiniowe 


Składniki (nam wyszło placków na 4-5 osób):
-5-6 sporych ziemniaków, wagowo to było jakieś 70dag
-1 średnia cukinia albo pół dużej
-2 jajka
-średnia cebula
-1 szklanka mąki na początek
-sól, pieprz

Ziemniaki i cukinię obieramy, a potem ścieramy na tarce na papkę. Dobrze jest odlać część wody z tej masy, bo nie zrobiliśmy tego z L. i trzeba było dać więcej mąki, a masa i tak była bardzo płynna i wyszło nam placków okropnie dużo. Cebulę siekamy albo blendujemy i dorzucamy do masy. Następnie dodajemy jajka i szklankę mąki, wszystko mieszamy. Teraz trzeba ocenić czy mąki jeszcze dosypać czy już nie. Każdy kto chociaż raz w życiu placki robił nie będzie miał z tą oceną problemu ;) Jeśli masa jest gotowa to solimy i pieprzymy. A następnie smażymy na rozgrzanej patelni. 
Możemy podawać ze śmietaną i cukrem (wersja pomorska) albo ze szpinakiem albo z sosem czosnkowym. 
Cukinia nie zmienia dużo w smaku, ale nadaje objętości masie, co jest zdrowsze niż standardowe placki ziemniaczane :)
Ładne okrągłe wyszły mi dzięki tym metalowym obręczom, o których pisałam tutaj :)


A na deser proponuję... 
Ciasto z brzoskwiniami i borówkami


Składniki na formę o średnicy 26 cm:
-15 dag miękkiego masła
-pół szklanki mleka 
-2/3 szklanki cukru
-1,5 szklanki mąki
-4 jajka
-1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
-szczypta soli
-4 brzoskwinie i miseczka borówek (albo jakiekolwiek inne owoce chcecie)

Przepis jest prosty, szybki i pyszny.  Jedyny minus, że należy piec ciasto w nocy, bo inaczej piekarnik podnosi i tak wysoką temperaturę w mieszkaniu ;)
Możemy wszystko wrzucić (oprócz owoców) do miski i zmiksować, ale ja wolę trochę dłuższy sposób. Wrzucam do garnka masło, dolewam mleko i dosypuję cukier, garnek stawiam na małym gazie i mieszam. Kiedy uzyskamy jednolitą masę wyłączamy gaz. Dosypujemy mąkę i proszek do pieczenia, wszystko mieszamy, następnie dodajemy żółtka i mieszamy dalej. Białka trzeba ubić z szczyptą soli i delikatnie wmieszać do ciasta, potem wylewamy wszystko na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i na górę wrzucamy owoce. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 190-200 stopni i pieczemy przez ok 40 minut (do suchego patyczka i złocistego koloru).


Jeśli chcemy możemy ciasto przed przelaniem do formy podzielić na dwie części i do jednej dosypać 2-3 łyżki gorzkiego kakao :) A na koniec posypujemy ciasto cukrem pudrem. 




 Mamy antenę i L. zrobił czary-mary i jest kilkanaście kanałów w cyfrowej jakości. Jest też nowa półka w łazience i haczyk :)
Trochę wakacyjnej pracy dostałam, kilka godzin korków z matmy.
Widzę właśnie, że niebo się chmurzy. Ochłodzenie idzie? 

wtorek, 9 sierpnia 2011

z dedykacją dla lubiących jeść I

Ciemna rzuciła mi swego rodzaju wyzwanie, żeby wykombinować coś dietetycznego to może wtedy coś ugotuje z moich przepisów ;) ale ja już Ciemną trochę znam i dobrze wiem, że każdy kto lubi jeść ma straszny problem z jedzeniem dietetycznym - bo niesmaczne, dyktowe, nijakie, więc trzeba wymyślić coś, co będzie smaczne. Nigdy nie mam problemów z wymyślaniem smakowitego jedzonka, bo nie bawię się w odchudzanie ani liczenie kalorii. Staram się odżywiać w dość zróżnicowany sposób, zdrowy, ale nie lubię z niczego rezygnować. Posiedziałam, poszperałam, pomyślałam i wymyśliłam taki mały cykl - dietetyczny (mam nadzieję, że w pewnym stopniu jest dietetyczny), zdrowy, ale przede wszystkim smaczny :)
Zaczynamy od pierwszego zestawu złożonego z produktów, których w naszej diecie (i przez słowo dieta nie mam na myśli Dukana czy 1000kcal, ale sposób odżywiania) nie powinno zabraknąć.

OWOCE

Dużo się słyszy, że powinno się jeść owoce i to 5 razy dziennie. Niestety, owoce też mają w sobie prosty cukier, który nie służy dobrze naszemu organizmowi w zbyt dużej ilości. Dlatego owoce najlepiej zjeść w pierwszej połowie dnia, w nie dużej ilości, bo cukier w nich zawarty ma szansę się rozłożyć. Co więcej, są owoce, które nie sprzyjają odchudzaniu. Odwołam się do tzw. indeksu glikemicznego, jest to klasyfikacja produktów żywnościowych na podstawie ich wpływu na poziom glukozy we krwi w 2-3 godziny po ich spożyciu. Dotyczy tylko węglowodanów i im wyższy indeks, tym produkt mniej wskazany do spożycia, bo cukier szybko skacze, ale równie szybko opada, więc człowiek robi się szybciej głodny (a bycie głodnym w czasie diety to zbrodnia). Dodam, że IG nie ma nic wspólnego z kaloriami.
Owoce, które powinniśmy jeść - porzeczki, czereśnie, wiśnie, jagody, truskawki, maliny, śliwki, nektaryny i brzoskwinie, gruszki, jabłka i wszelkie cytrusy. 
Owoce, które można zjeść, ale mają wyższy IG - ananas świeży, winogrona, kiwi, brzoskwinie z puszki.  
Owoce o wysokim IG, jedźmy jak najrzadziej - banany, arbuz (który jest bardzo mało kaloryczny), melon i owoce z puszki.
W zdrowym odżywianiu chodzi, żeby nie popadać w skrajności, więc wszystkie wskaźniki traktujemy umownie :)

Owoce najłatwiej zjeść "o tak". Bierzemy, myjemy i smacznego. Ale czasem można poświęcić trochę czasu na połączenie smaków i stworzyć...


...przepyszną i kolorową sałatkę owocową :) Ja nawrzucałam wszystko co było - nektarynki, gruszki, melona, borówki i jeszcze kilka innych. A podać postanowiłam w misce z arbuza. Chciałam ponacinać brzeg, co widać na tym zdjęciu, ale po zrobieniu kilku ząbków mi się odechciało...



W zimie ciężko zrobić sobie sałatkę ze świeżych owoców, bo nie mamy takiego wyboru. A mrożone są raczej miękkie i nie smakują tak dobrze. Co wtedy? 

Bierzemy blender, szklankę owoców, pół szklanki mleka albo kefiru i robimy sobie koktajl. 
Nigdy nie słodzę koktajli, ale dla cukroholików polecam dodać łyżeczkę miodu zamiast cukru.

Czasem mi się zdarza, że nie mam ochoty na owoce. Nawet te najsmaczniejsze. W takim wypadku stosuję przepis z mojego przedszkola. Robię kisiel (bez cukru) z owocami :) a ostatnio postanowiłam przetestować bardziej czekoladowy pomysł na taki deser albo przekąskę. 


Zrobiłam budyń, dodałam jogurt naturalny i nałożyłam na borówki, a górę posypałam jagodami.



Na drugie śniadanie, i nie do kawy, a do świeżego soku :)

***
Komoda L. stoi skręcona. Duża i pojemna, trzeba się przyzwyczaić do zmniejszonej przestrzeni. Kupiliśmy jeszcze dodatkowe biureczko jako miejsce dla komputera, który L. już przywiózł od siebie. Trzeba jeszcze zamontować nową półkę w łazience i haczyk na ręczniki. Jakoś powoli wszystko ułożymy, a ja dzisiaj mam dzień sprzątania nr 2.
<o, alarm na parkingu się wyłączył>
Wieczorem ZUMBA! Już nie mogę się doczekać, po dwóch miesiącach przerwy. A ostatnie dni w kuchni są bardzo jagodowe :) 


I został mi ostatni miesiąc bycia nastolatką.

środa, 3 sierpnia 2011

z różnych stron świata

Miałam okazję pozwiedzać różne rejony Europy i zawsze po powrocie do domu najbardziej cieszył mnie smak naszego polskiego chleba! Jeszcze nigdzie nie udało mi się zdobyć tak dobrego pieczywa jak u nas. Kocham smak ciepłego chleba, z chrupiącą skórką, posmarowanego świeżym masłem. Pamiętam, że u mnie w domu zawsze była walka o piętkę, a kromki często jadłam tylko z masłem - zaczynałam od środka zjadając miękkie ciasto, a potem skórkę. Od pewnego czasu przymierzam się do upieczenia domowego chleba. Jednak potrzeba do tego trochę wcześniejszych przygotowań, dlatego na razie przygotowuję łatwiejsze rodzaje pieczywa. Już parokrotnie miałam okazję upiec ciabattę, włoskie, białe pieczywo.


W pewnej krakowskiej kawiarni, Cafe Botanica, którą uwielbiam i odwiedzam ze znajomymi będąc w Krakowie miałam okazję zjeść na późne śniadanie ciabattę z dojrzewającą szynką, kiełkami, serem, warzywami i sosem majonezowym. Pycha! Dlatego też zamiast robić popularne domowe hamburgery na obiad, wolę przygotować kanapkę na ciepło jako obiado-kolację.

Składniki na dwie, spore kanapki:
-2,5 szklanki mąki
-3 łyżki oliwy
-1,2 dag drożdży
-łyżeczka soli

Drożdże wymieszać z 1/3 szklanki letniej wody i pół szklanki mąki, a następnie odstawić na 10 godzin. Po wyjęciu dolać 2/3 szklanki letniej wody i oliwę, dosypać resztę mąki i sól i wyrobić ciasto. Ciasto powinno być dość elastyczne, jeśli potrzeba można dodać trochę mąki bądź wody. Odstawić do wyrośnięcia na 1,5 godziny. Zagnieść i uformować dwa podłużne bochenki, które ponownie zostawić do wyrośnięcia, tym razem na ok. pół godziny. Piec ok 25 minut w 220 stopniach :)
Ostatnim razem zakupiłam w Lidlu mąkę do wypieku chleba włoskiego, która jest na tyle szczególna, że zawiera w sobie drożdże instant (potem doczytałam na opakowaniu). Przepis podobny, tylko bez drożdży ;)
2,5 szklanki mąki, 3 łyżki oliwy, łyżeczka soli i szklanka letniej wody. Wodę wlewamy pomalutku i wyrabiamy ciasto. Potem powinno rosnąć 1,5 godziny, po uformowaniu dwóch bochenków kolejne pół. Pieczemy tak samo jak wyżej - 25 minut w 220 stopniach.


Można dodać do środka pokrojone oliwki i mieć chlebek na kanapki. A można przekroić każdy bochenek (nie wyjdą duże, są bardziej jak spore bułki) i dodać co się lubi do środka :)


Ja przygotowuję sos - majonez ze śmietaną. Do tego hiszpańska szynka dojrzewająca (często kupuję schwarzwaldzką, ale ostatnio L. dostał od babci hiszpańską), mozarella, pomidory, trochę sałaty, papryka i voila!

Jak każde dziecko uwielbiałam także bułki. Szczególnie te malutkie, maślane, które najlepiej jadło się z dżemem lub nutellą :) Ostatnio dostałam od mamy kolegi, która sama piecze pieczywo przepisy, w tym przepis na takie maślane bułeczki.

Składniki na 8-10 bułek:
-3 szklanki mąki
-2 jajka
-troszkę ponad pół szklanki mleka
-pół kostki miękkiego masła
-2,4 dag drożdży
-4 (i tutaj się pojawia problem, bo w przepisie mam łyżeczki, ale dla mnie są za mało słodkie, ale łyżki byłyby za słodkie) cukru
-szczypta soli
-jajko do smarowania
-mak 


Łączymy letnie mleko z drożdżami i cukrem, zostawiamy na chwilę do podrośnięcia. W tym czasie przygotowujemy w misce pozostałe składniki i zaczynamy je wyrabiać. Po kilku minutach dolewamy drożdże z mlekiem i cukrem, wyrabiamy dalej. Kiedy ciasto ma jednolitą konsystencję wyjmujemy z miski i ugniatamy na stole aż stanie się elastyczne. Zostawiamy do wyrośnięcia na niecałe 1,5 godziny. Wyjmujemy i dzielimy na 8-10 porcji. Teraz trzeba ładnie bułeczki ulepić. Umieszczę dwa sposoby, które prowadzą do otrzymania ładnych bułek :) Po ulepieniu zostawiamy na 45 minut do rośnięcia, a następnie smarujemy jajkiem, posypujemy makiem i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni przez 15 minut.
Bułeczki zawijane na drugi sposób ostawiamy do wyrośnięcia i pieczemy na stronie "pozawijanej".

I Sposób

1.  Robimy podłużny walec z naszej porcji ciasta.












2. Zawiązujemy supeł :)









3. Prawy koniec przekładamy do środka od góry. A następnie lewy od dołu.





II Sposób

1. Robimy placuszek i wyobrażamy sobie, że ma sześć rogów. Każdy  rogów zakładamy do środka.



***
Trochę słońca zawitało do Gliwic, a ja nadrabiam nieobecność i spotykam się ze znajomymi. Z niektórymi całkiem przypadkiem ;) Nazbieraliśmy porzeczki i borówki u dziadków w ogrodzie, już dawno tam nie byłam. Drzewa, które były mojego wzrostu, kiedy je sadzili 10 lat temu teraz sięgają nieba. Pełno nowych krzaków owocowych, tylko orzech ten sam - stary i idealny do wspinania się.
A tu pod oknem pielgrzymka idzie i śpiewa, podziwiam tych ludzi.
I bawcie się wszyscy dobrze na Woodstocku!



P.S. Sorry za jakość zdjęć, kiepskie światło mam wieczorem w kuchni.

niedziela, 3 lipca 2011

na codzień i od święta, czyli krem z brokułów i tarte flambee

Przyznam szczerze, że w mojej kuchni brakuje zup. Zupy, które są jednak dość ważnym posiłkiem dla organizmu, robię raz albo dwa w tygodniu (o ile mam czas) i dostaję od mamy, która gotuje wielki gar zupy dla pułku żołnierzy kilka razy w tygodniu. Wynika to głównie z tego, że nie czuję się pewnie w tej dziedzinie i mam opanowane trzy zupy - ogórkową, grzybową oraz krem z brokułów.
Wiem, że dużo osób słysząc o zielonych warzywach na "b" ucieka, gdzie pieprz rośnie, ale brokuły są pycha, a dobrze doprawione mogą stać się pyszną, zdrową i pożywną zupą. Krem zazwyczaj jest podawany z grzankami albo groszkiem ptysiowym, ale zastanawiałam się ostatnio jakby to urozmaicić. I zamiast grzanek podałam do brokułowej przysmak Alzacji - tarte flambee.

Flammekueche lub flammkuchen (fr. tarte flambée) – tradycyjne alzackie danie w formie tarty na bazie ciasta chlebowego, cebuli, skwarków i śmietany. Napotkać można też flammekueche z różnymi dodatkami, jak tarty emmentaler, biały ser, ślimaki, czy inne, bardziej egzotyczne dodatki, ograniczone jedynie wyobraźnią kucharza. Nazwa flammekueche (lub flammenkueche, a także flammenkuche i flamm'kueche) oznacza "pieczona w ogniu"; jest to związane z faktem, iż podczas pieczenia w piecu, płomienie dochodziły do brzegów tarty pozłacając je.




Składniki na krem z brokułów i tarte flambee dla dwóch osób:
- jeden, spory brokuł 
- litr wody
- kostka rosołowa
-1,5 szklanki mąki
-3-4 dag drożdży
-pół szklanki letniej wody
-3 łyżki oliwy
-tłusta śmietana (zmieszałam 30% z 18%, żeby otrzymać fajny krem)
-20 dag boczku 
-duża cebula
-5-7 pieczarek
-ser żółty 
-sól, pieprz, gałka muszkatołowa  

Zaczynamy od wyrabiania ciasta. Mąkę łączymy z drożdżami, wodą i oliwą, wszystko razem zagniatamy (tutaj odbiegamy od tradycji i mamy bardziej ciasto do pizzy niż chlebowe). W razie potrzeby dolewamy jeszcze trochę wody albo dosypujemy mąki. Zostawiamy na pół godziny do wyrośnięcia. Tutaj dodam, że tradycyjnie warto ciasto zostawić na całą noc w lodówce, bo dobrze mu to robi, ale ja nie miałam na to czasu ;)

Brokuł należy pokroić na drobne kawałki, do garnka wrzucamy kwiaty oraz miększe i dobrze wyglądające elementy łodygi, zalewamy litrem wody, wrzucamy kostkę rosołową i gotujemy ok. 20 minut.
W tym czasie kroimy pieczarki, cebulę i boczek. Wszystko wrzucamy na patelnię, dolewamy oliwy i podgrzewamy przez kilka minut. Śmietanę mieszamy z solą, pieprzem i gałką.




Rozgrzewamy piekarnik do 250-260 stopni. Ciasto dzielimy na dwie części. Rozsypujemy trochę mąki na blacie i rozwałkowujemy na cienki placek, w miarę okrągły, ale nieregularny.



Nakładamy placek na natłuszczoną blachę, smarujemy sosem śmietanowym i nakładamy zawartość patelni. Rozkładamy równomiernie, a na koniec posypujemy startym serem.
To samo robimy z drugą częścią ciasta. I obie blachy wsadzamy do piekarnika na ok. 15 minut, ale głównym kryterium powinny być przypieczone brzegi  i chrupkość ciasta. Jeśli pieczecie jedno nad drugim warto po kilku minutach zamienić blachy poziomami ;)



W czasie pieczenia odlewamy część wody z brokułów (mniej więcej połowę) i miksujemy/blendujemy brokuły. Normalnie można roztopić serek kremowy i go dodać albo dosypać trochę mąki ze śmietaną, ale tym razem dodałam kilka łyżek sosu śmietanowego do  flammkuchen i zrobił się pyszny krem. Odlaną wodę można w razie potrzeby dolać, jeśli zupa byłaby za gęsta.

Kiedy tarta się upiecze podajemy z ciepłą zupą oraz oliwą do przyprawienia (chociaż są "tradycjonaliści", którzy lubią ketchup). Myślę, że danie jest idealne na obiad w domu, jako alternatywa dla pizzy oraz na obiad dla gości, bo jest proste, oryginalne i pyszne ;)

***
Jutro jedziemy w góry, chociaż pogoda mnie trochę niepokoi. Mam nadzieję, że nie skończy się tak, że przez tydzień będziemy siedzieć w domku i palić w piecu ;)
Trzeba się spakować i jeszcze muszę upiec dziś rogaliki z czekoladą i ciasto czekoladowe z gruszkami. Pochwalę się wypiekami jak dotrę za tydzień do miejsca, gdzie będzie internet.



A to tak, bo mam ochotę!