poniedziałek, 31 października 2011

kuchnia, rocznica & handmade

Rok. 12 miesięcy. 52 tygodnie. 365 dni. Sporo godzin, jeszcze więcej minut. Wspaniały rok. Z moim L.! Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć dni, w których chociaż przez chwilę się nie widzieliśmy. I chyba nie muszę mówić jak bardzo jestem szczęśliwa ;)
Z racji tego, że zawsze się głowię co kupić bliskiej osobie w ramach prezentu postanowiłam dla L. prezent zrobić samodzielnie :)






Malowanie koszulek to świetna sprawa! Kupuje się zwykłe t-shirty na targu albo w internecie (moje zamówiłam na fruitoftheloom.com), do tego farbę albo pisak przeznaczony do tkanin i można stworzyć co tylko się chce!
Talentu plastycznego nie mam, co w mojej rodzinie jest rzadkością, widać dostałam geny po tatusiu. Jednak bardzo lubię bawić się i tworzyć różne rzeczy, i właśnie tak kilka tam temu wpadłam na pomysł malowania koszulek.
Pierwsze 15 zrobiłyśmy z dwoma koleżankami dla naszych chłopców z klasy z okazji Dnia Chłopaka. Potem było kilka dla rodziny i znajomych m.in. "Najlepsza babcia/dziadek na świecie" razem z odciśniętymi łapkami trójki wnuków czy "I'm a wild tiger" z rysunkiem zaspanego Garfielda na plecach.
Tym razem postanowiłam zrobić coś, co będzie pasowało do L. - teksty Johnny'ego Bravo słyszę często, więc wybór padł na tę postać z bajki z hasłem "Lubię placki!" :) Druga koszulka jest wzorowana na logo Supermana, tylko z literą C. Przez różne historie i wydarzenia dziejowe L. dorobił się rangi "Kapitan Cycki", stąd wzięta litera C.


Wybór koszulki jest ważny - im lepszy materiał, tym dłużej posłuży, ale równie istotny jest dobór farby. Większość jest dość trwała, poza tym zawsze można coś poprawić, jeśli się spierze ;) I tym razem trafiłam na naprawdę fajne farby. Poprzednie miały konsystencję mocnego budyniu, więc robienie napisów było katorgą. Tym razem farba jest lejąca i wszystko ładnie wychodziło, z jednym minusem - gorsze krycie i musiałam 2-3 razy malować linie, żeby się lepiej utrwaliły. I farba nie śmierdziała (a uwierzcie mi, jak się robi kilka koszulek i wszystkie leżą i się suszą w mieszkaniu to zapach naprawdę może irytować).
Jeśli chodzi o rysunki znalazłam sposób przy robieniu grafiki z Nemo - wybieramy obrazek w internecie (najlepiej jeśli są to same kontury), drukujemy (kserujemy) w rozmiarze A3, a następnie wycinamy i malujemy kontury, odcinając kawałek po kawałeczku elementy obrazka. Kilka kresek zazwyczaj trzeba domalować samemu, ale to nieduży problem :)



***
W sobotni wieczór obejrzałam film, który leciał na TVNie, "No reseravations" czy też "Życie od kuchni", jak kto woli ;) Z Catherine Zeta-Jones oraz Aaronem Eckhartem w rolach głównych. Film miałam okazję oglądać już pewien czas temu, ale bardzo mi się podobał, więc z przyjemnością zobaczyłam go po raz drugi.



Kate jest perfekcyjną i pedantyczną osobą, która nie ma życia osobistego, ale jest za to jednym z najlepszych nowojorskich szefów kuchni. Jednak jej poukładane życie zostaje przerwane przez tragiczny wypadek, po którym musi się zaopiekować swoją siostrzenicą. I kiedy po kilku dniach przerwy wraca do pracy w swojej poukładanej kuchni zastaje swoje przeciwieństwo - wesołego, energicznego, trochę roztrzepanego kucharza, który pracując słucha oper. 
Wszyscy wiemy jak się film skończy, do tego brakuje mi trochę chemii i iskrzenia między bohaterami, ale uwielbiam Catherine i to jedzenie w filmie ;)

***
Dzisiaj 31.10, czyli Święto Reformacji. W tym roku obchodzone dzień wcześniej i z dzieciakami, na szkółce niedzielnej (w czasie nabożeństwa dzieci mają zajęcia w salce parafialnej, gdzie śpiewamy, opowiadamy historie biblijne, rysujemy (albo coś tworzymy) i uczymy się wersetów). I jestem pod wrażeniem liczebności, bo jeszcze 3-4 lata temu, kiedy na zajęciach przychodziło ośmioro dzieci to było sporo, a wczoraj była trzynastka i przy średniej ilości dwadzieścia to było nas dość mało!
Reszta niedzieli w miłej atmosferze, trochę rodzinnej, i naszej, rocznicowej, we dwójkę. Dostałam przepiękną, czerwoną różę i książkę "Cięcie" Gabrieli Weston.

Jestem zmęczona po dzisiejszym dniu. Z samego rana poszłam na zumbę, a potem przyjechał L. i przywiózł swoją siostrę i szwagra, bo przyjechali na tydzień do Polski. Tak też pół dnia spędziliśmy jedząc, rozmawiając, spacerując i wprowadzając wszędzie zdziwienie rozmowami po angielsku. Po ich odjeździe pojechaliśmy na cmentarze. Nie lubię 1-go listopada i chociaż w tym roku jest to pierwsze "świadome" święto, bo wiem na grób jakiej osoby idę to stwierdziłam, że wolę pojechać wieczór wcześniej niż pchać się w tłoku razem z resztą ludzi, którzy często zachowują się nieodpowiednio do święta i atmosfery. 
I poszłam do babci, chociaż to wciąż strasznie boli, i tak jak mój tato poustawiałam znicze według mojego porządku, i ...

sobota, 29 października 2011

pomaluj mój świat!

Za kilka dni listopad, a nam tu z dnia na dzień robi się coraz ładniejsza pogoda! Nasze sobotnie plany uległy diametralnym zmianom. Okazało się, że rodzina z Ustronia wybiera się do naszej chaty w górach, do tego pogoda rano nie napawała optymizmem, więc stwierdziliśmy, że nie ma sensu jechać 100km w jedną stronę, żeby pochodzić sobie 2-3 godziny przy nieciekawej aurze, zjeść obiad i wrócić. Powinnam dodać na początku, że nie jestem miłośniczką górskich wypraw, najlepszy spacer jest po płaskim terenie ;) W zamian za to pojechaliśmy do śląskiego ZOO :D Strasznie dawno już tam nie byłam i nosiłam się z zamiarem wycieczki od pewnego czasu. Mimo 10 stopni na dworze zwierzęta się pokazywały, popisywały i zabawiały nielicznych odwiedzający. Flamingi śpiące na jednej nodze, przeróżne antylopy, zebry, skaczące "bambi", małpki, król lew, nurkujący hipopotam i wiele innych. Do tego ZOO jest położone w pięknym parku, więc mam dla Was kilka zdjęć z naszej jesiennej wyprawy. Uwielbiam kolory, które zapewnia nam ta pora roku ;)

 wycieczkę zaczęliśmy od spaceru przez park


 rozbawił nas zwierzak z tabliczki, jego ząbki i karmienie fistaszkami



 największy w całym ZOO...

 i najbardziej kolorowy ;)

 mój ulubiony tygrysek!





 zachwycający Nemo, był z całą rodzinką i Doris

Po dość długim spacerze zaopatrzyliśmy się w rurki z bitą śmietaną i wróciliśmy do domu. A na obiad sushi, bo tak nas naszła ochota :) Tak jak mówiłam, jest też lekki deser, ale za to jaki kolorowy! Przepis poznałam baaardzo dawno temu, ale nigdy go nie pamiętałam i musiałam sprawdzać w zapiskach mojej mamy. Tym razem zapisków też brakowało, więc stwierdziłam - zrobię tak jak mi się wydaje, i wyszło :) Jest niesamowicie prosty, ale przygotowanie całości zajmuje cały dzień (albo pół dnia, noc, pół dnia). Deser serowy z galaretką, zwany lodowcem, zwany sernikiem na zimno.


Składniki na formę 22-24cm (albo garnek xD):
-4 opakowania serka homogenizowanego, 150g każde
-mały jogurt naturalny
-30g żelatyny
-4 różnokolorowe galaretki (u mnie cytryna, agrest, truskawka i czarna porzeczka)
-2 łyżki cukru pudru

Trzy galaretki rozpuszczamy wg przepisu z opakowania i zostawiamy do stężenia. Kiedy stężeją, rozpuszczamy 30g żelatyny w 120ml wrzącej wody i zostawiamy do wystygnięcia. Do dużego garnka przekładamy wszystkie nasze serki, jogurt oraz cukier puder, wszystko razem mieszamy. Dodajemy płynną żelatynę i szybko mieszamy. Galaretki kroimy w kostkę i łączymy z serową masą. Naszą formę, miskę czy garnek wykładamy dokładnie folią spożywczą i wlewamy masę. Wstawiamy do lodówki do stężenia, po ok. godzinie ostatnią galaretkę rozpuszczamy i zalewamy nią górę garnka (przyszły spód deseru) i teraz czekamy aż wszystko ładnie stężeje, wyciągamy i mamy trzęsący się deser :)


Życzę Wam miłego popołudnia i wspaniałej niedzieli! I pamiętajcie, że w nocy mamy przesunięcie czasu ;)

czwartek, 27 października 2011

pieczywo na obiad?

Dostałam zakaz pieczenia i robienia słodkości, czyli moja weekendowa cukiernia musi przejść na dietę. Zanim to nastąpi i przejdę na galaretki i serki homogenizowane (ciekawe komu się nasunie pomysł co wymyśliłam na weekend?), muszę trochę podtuczyć moje przepisy. Myślę, że więcej osób zawraca sobie głowę tym jak na wadze stracić, niż jakby tutaj zyskać, osobiście z moją wagą i figurą nie zamierzam nic kombinować, ale raz na jakiś czas sięgam po fast foody. Jednak, żeby przy tym nie wyszczuplić mojego portfela staram się je zrobić sama w domu. Mając w lodówce przygotowane mielone mojej mamy ("jak już robię dla nas, to zrobię i dla was, żebyś się nie musiała męczyć") i trochę warzyw, w tym najważniejsze - ogórki kiszone, powstały dzisiaj na obiad hamburgery. No tak, ale czym byłyby hamburgery bez bułki? I to jeszcze miękkiej, lekko słodkiej, bułki z sezamem?



Składniki na 2-3 bułki (chociaż przepis twierdził, że na 5 dużych :pp):

-250g mąki pszennej typ 450
-2/3 szklanki mleka
-5g świeżych drożdży albo łyżeczka suszonych
-łyżka masła/oleju
-płaska łyżka cukru
-łyżeczka miodu
-pół łyżeczki soli


Letnie mleko wymieszać z drożdżami, cukrem i miodem. Zostawić na 20 minut. Do miski przesiać mąkę, wlać zaczyn, dodać sól, masło i wyrobić gładką, elastyczną masę. Jak zawsze - jeśli jest potrzeba dosypujemy trochę mąki albo dolewamy mleka/wody. Dobrze wyrobione ciasto wkładamy do miski wysmarowanej olejem i zostawiamy do wyrośnięcia na 1,5-2h (do podwojenia objętości). W trakcie wyrastania złożyć 2-3 razy tzn. wyjmujemy na blat, rozciągamy i zakładamy z dwóch stron. Wyrośnięte ciasto podzielić na równe kawałki, uformować bułki, położyć na blasze wyłożone papierem do pieczenia i zostawić pod przykryciem na 40-50 min. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni, a wyrośnięte bułki posmarować mlekiem i obsypać sezamem. Piec 15-20 minut. 





Reszta hamburgerów - kotlety mielone, sałata lodowa, pomidory, ogórki kiszone i serek w plasterkach takich foliowanych Hochlandu. Sos - ketchup + majonez + sok z cytryny.


***

Minęła stresująca środa, która chwilami była pełna śmiechu. Muszę przyznać, że potrafimy się z chłopakami sprężyć i wykonać wszystko dość szybko, a ja rozwijałam moje zdolności do wykradania kabli. Na koniec i tak okazało się, że nasz bardzo sprytny sposób okazał się "niedopuszczalny" i że "trzeba radzić sobie inaczej" ;)

Po całym dniu na nogach, wkurzaniu się i denerwowaniu, czekała mnie miła niespodzianka - L. z taką różyczką



Planujemy mały wypad w sobotę do Ustronia/Wisły, żeby trochę odpocząć od miasta i odwiedzić moją rodzinę (z Małą K. na czele), a od przyszłego tygodnia chyba zaczniemy chodzić na kurs tańca towarzyskiego, bo kolega wyczaił darmowe zajęcia prowadzone przy duszpasterstwie w Gliwicach :)
Ostatnio mamy wieczorne głupawki i boli mnie potem brzuch ze śmiechu. We wtorek np. podsunęłam pomysł, żeby w ankietach o prowadzących w przypadku kiedy nie wie się co wpisać rzucić szablonowym komentarzem z allegro, tak też kilka osób dostało od L. ocenę w stylu "Transakcja przebiegła pomyślnie. Polecam allegrowicza."

wtorek, 25 października 2011

ale chała!

Jutro środa. Jak ja nie lubię po...porannego wstawania, a trzeba wstać i się trochę pouczyć. I to jeszcze tak mało abstrakcyjnych rzeczy, jak klasy abstrakcji. Czy ktoś o tym kiedyś słyszał? Pewnie nie, bo to taka dyskretna wiedza, z matematyki dyskretnej. I chociaż pełno tam porządków, par i relacji, to miłość i inne uczucia łączące ludzi są zbyt abstrakcyjne, żeby je określać za pomocą matematyki. O wiele lepiej do opisu miłości nada się np. gorąca herbata, malinowa <3 albo dobre jedzenie. Tym razem coś dobrego, puszystego i maślanego, na kolację albo na śniadanie. Chałka z kruszonką! Chociaż w przypadku dzisiejszej bardziej by pasowało określenie "chała", bo prawie mi się do formy nie zmieściła.




Składniki:
-500g mąki pszennej 450-500
-3 dag drożdży
-1/2 szklanki mleka
-jajko
-5 dag masła
-4 łyżki cukru
-łyżeczka soli




Drożdże rozdrabiamy, zalewamy ciepłym mlekiem i dosypujemy łyżkę cukru. Mieszamy wszystko i zostawiamy do wyrośnięcia na 20 minut. Mąkę przesypujemy do miski, dodajemy zaczyn, jajko, roztopione (i ostudzone) masło, resztę cukru i sól. Wszystko razem zagniatamy, ewentualnie podsypując mąką, ciasto powinno być elastyczne i odchodzić od rąk. Zostawiamy do wyrośnięcia, żeby podwoiło objętość. Czasem zajmie to godzinę, czasem blisko dwie. Po tym czasie zagniatamy jeszcze raz i dzielimy na trzy równe części. Każdą z części naciągamy i splatamy warkocz. Kładziemy na papierze do pieczenia i zostawiamy do wyrośnięcia na 20 minut. W tym czasie możemy przygotować kruszonkę (łyżka masła, łyżka cukru, łyżka mąki). Piekarnika rozgrzewamy do 180 stopni, tuż przed włożeniem smarujemy ciasto roztrzepanym jajkiem obsypujemy kruszonką i pieczemy ok. 25 minut.



Z racji tego, że moje popołudnie to było trochę nauki, trochę pierniczków i chałka, to warkocz splotłam na papierze, ale nie na blasze i potem się okazało, że zrobiłam za długi, urosło przed pieczeniem i w piekarniku i mam taką kanciatą piętkę :)




***
Dzisiejszy dzień był dość pracowity i męczący pod wieloma względami, ale niektóre to tajemnica do weekendu, więc ciii...
I wszystko mnie boli po judo. Normalnie jestem poobijana po rzutach, padach, przewrotach, a po wczorajszym mam zakwasy na wielu mięśniach w okolicy rąk, pachwin, bioder i pleców, o których istnienia nie miałam pojęcia :pp


Dobrej nocy wszystkim!

poniedziałek, 24 października 2011

m jak...

Monologi i myśli. Które tworzą się i siedzą w mojej głowie. Jak idę codziennie na uczelnię albo z niej wracam. Tworzę, wymyślam, rozważam, planuję, rozmawiam sama ze sobą, wspominam i uśmiecham się sama do siebie. Do tego dochodzi muzyka, którą słucham. Zakładam słuchawki, śpiewam sobie pod nosem i prawie tańczę na przejściach. A że przez długi czas zapominałam o słuchawkach, to teraz leżą sobie na stałe w kieszeni kurtki.
MIASTO. Moje miasto. Które uwielbiam i gdybym miała określić je jednym słowem, byłoby to "odpowiednie". Bo dla Gliwice takie właśnie są. Nie za małe, nie za duże. Dość zielone. Na ogół mało śląskie, ale w pewnych miejscach AŻ za bardzo. Nie lubię wstawać, kiedy za oknem jest ciemno, ale mój widok z okna, który jest bardzo miejski, poprawia mi humor. Zaspane bloki, pojedyncze światła w oknach i do tego wszystko zamglone.
I znam je całkiem nieźle, ale teraz będę musiała się uczyć pewnych miejsc na nowo. Postanowili zamknąć nam ulicę, powiem, że to dość ważna ulica dla komunikacji miasta była, przy której stoją budynki Politechniki. I zrobić piękny deptak - z amfiteatrem, klombami, krzaczkami, drzewkami, fontannami i Bóg wie czym jeszcze. Niestety, straciliśmy na tym sporo miejsc do parkowania i pozmieniali ruch na jednej z głównych ulic. Teraz idę na moje stare przejście, ale okazuje się, że go nie ma i muszę się cofnąć albo iść kolejne 80m.
Mam swoją ulubioną drogę na uczelnię, chociaż nie jest najkrótsza, ale najciekawsza. Mijam skwerek, dzieci biegnące do szkoły i kilka cukierni, gdzie widzę kuszące pączki w zestawie z kawą. Muszę kiedyś wejść i spróbować ;) A w tle leci mi gdzieś tam...






Miłość, której jest sporo w moim życiu. I jedna taka moja miłość, w postaci rodzicielki, zabroniła mi siedzieć w kuchni i piec/robić słodycze. Bo za dużo tego i potem wszystkich tym karmię i wszyscy muszą być na wiecznej diecie. I jak łatwo się domyślić, kłóci się to z moją miłością do kucharzenia.

Z powodu innej będę realizować się artystycznie w najbliższym czasie. Robiąc prezent na naszą rocznicę dla L. :) Mam nadzieję, że wyjdzie i pochwalę się jak zrobię i wręczę. Na razie muszę wymyślić kiedy to niespostrzeżenie zrobić, bo wymaga trochę czasu, a na naszych 32m kwadratowych ciężko znaleźć przestrzeń do tajemnego działania. 
A moje zamiłowanie do sportów, które uprawiam skończyło się obtarciami stóp po dzisiejszym judo. Mieliśmy zastępstwo z panem, który lubi opowiadać o elementach niedozwolonych w walce sportowej, ale "jeśli walczysz na ulicy o życie" to taka wiedza może być całkiem pomocna.


I na koniec makaron! Nie mogę powiedzieć, że uwielbiam makarony. Lubię spaghetti w różnych odsłonach, lubię nitki w rosole i świderki w pomidorowej. I ten, który moja mama używa do łazanek. Tak, z powodu zakazu i omletu na dzisiejszy obiad, kradnę przepis mojej mamie, a co!





Składniki na 4 porcje:
-makaron
-500 g kapusty kiszonej
-cebula

-8-10 pieczarek
-kiełbasa (chociaż osobiście bym ją usunęła z tego przepisu i zamieniła na mięso mielone+czosnek)
-2 liście laurowe
-3 ziarnka ziela angielskiego
-sól, pieprz, kminek, chilli



Kapustę kroimy, wrzucamy do wody razem z liśćmi laurowymi i zielem angielskim. Gotujemy ok. pół godziny, mieszając od czasu do czas i ewentualnie dolewając wody. Cebulę i pieczarki kroimy, podsmażamy, a gdy się zeszkli wrzucamy pokrojoną kiełbasę. Smażymy razem i wrzucamy do kapusty, całość doprawiamy jak chcemy. Mieszamy z ugotowanym makaronem i smażymy chwilę na patelni.

Jak napisałam wyżej, z chęcią zamieniłabym kiełbasę na mięso mielone :)


***
Wczoraj kolejny obiad u rodziców, a potem wizyta u dziadków. Mieliśmy oglądać ich zdjęcia z Turcji, ale zamiast tego skończyło się na degustowaniu miodów pitnych i dyskusjach o Izraelu między moim dziadkiem a L.
Tchibo (ci od kawy) prowadzą także sklep z ubraniami i mają sweter, jakiego szukam od 2-3 lat!




To chyba będzie kolejny ubraniowy zakup, ale jeśli nie dogadam się z mamą to będzie trochę odłożony w czasie ;)

I w końcu sprawdziliśmy czy mamy telewizję z puszki w ścianie, i mamy to samo co z naszej anteny. A że teraz antena stoi w mieszkaniu (żeby drzwi balkonowe się zamykały) to będziemy mogli ją oddać znajomemu i odzyskać trochę miejsca ;)

sobota, 22 października 2011

od weekendu do weekendu, czyli przepis na kopiec kreta v1.0

O mojej próżności już pisałam, ale ostatnio po raz kolejny miałam okazję doświadczyć bardzo miłego zdarzenia. Bo muszę przyznać, że bardzo lubię, kiedy ktoś prosi mnie o pomoc w znalezieniu odpowiednich przepisów albo pomysłów na potrawy. A jeszcze bardziej lubię, kiedy okazuje się, że moje luźno latające sobie myśli (albo zapisane nimi kartki) świetnie się nadają do spełnienia prośby. Tym razem o radę poprosiła No arguee. W sprawie dość mrocznej, trochę strasznej, na pewno upiornej, ale także dość wesołej i mam nadzieję, że smacznej. Potrawy związane z Halloween! Co prawda w tym roku plany na ostatni weekend października mam zupełnie inne niż przebierane imprezy, a 31 października to dla mnie Święto Reformacji i urodziny przyjaciela, więc nie myślałam wcześniej o tym, co można by podać gościom, ALE ostatnio moją głowę zaprzątała mi jedna myśl. Tak jakoś się wykopała i troszkę urosła. Myśl o pewnym cieście, znanym przede wszystkim z reklam, bo było kiedyś sprzedawane w proszku do wykonania w domu, które zamierzałam upiec już od pewnego czasu. Kopiec kreta. Chyba się ze mną zgodzicie, że może się świetnie wpasować w klimat Halloween?



Przepisy krążące w internecie znalazłam dwa, ale w końcu stworzyłam taki mój własny mix :)



Składniki na tortownicę 26cm:
-tabliczka gorzkiej czekolady
-1/2 kostki margaryny
-1/2 szklanki mleka
- trochę ponad 1/2 szklanki cukru (u mnie część biały, a część trzcinowy)

-1 cukier wanilinowy
 -1,5 szklanki mąki pszennej + 2 łyżki kakao

-3 jajka
-1 łyżeczka proszku do pieczenia + pół sody





Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Do garnka wlewamy mleko, dodajemy margarynę, kakao, połamaną czekoladę i cukry, podgrzewamy na wolnym ogniu aż do uzyskania jednolitej masy. Rozdzielamy jajka, mąkę mieszamy z proszkiem i sodą. Masę czekoladową mieszamy z mąką, dodajemy powoli żółtka. Białka ubijamy ze szczyptą soli i delikatnie łączymy z resztą masy. Przelewamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia (albo wysmarowanej masłem) i pieczemy ok. 25 minut. 

Ciasto trzeba lekko ostudzić, ale w jeszcze ciepłym cieście trzeba wydrążyć środek. Spód i brzegi powinny mieć 1-1,5 cm grubości. Wydrążone ciasto kruszymy i zostawiamy na talerzyku do wystygnięcia.



Krem:
-4 banany
-750 ml śmietany 30%
-4 łyżki cukru pudru
-tabliczka gorzkiej czekolady
-sok z cytryny
-4 łyżeczki żelatyny



Czekoladę trzeba posiekać na drobne kawałki. Żelatynę rozpuszczamy w 3-4 łyżkach ciepłej wody i zostawiamy do napęcznienia. Schłodzoną wcześniej śmietanę ubijamy z cukrem pudrem. Do żelatyny dolewamy odrobinę mleka i podgrzewamy na małym ogniu aż do rozpuszczenia, studzimy. Do ubitej śmietany wlewamy schłodzoną żelatynę, mieszamy (miksujemy), żeby uzyskać masę bez grudek. Do masy dodajemy czekoladę i mieszamy.




Na spód nakładamy cienką warstwę śmietany, banany przekrawamy wzdłuż i układamy częścią rozciętą na spodzie, skrapiamy sokiem z cytryny. Na górę nakładamy resztę śmietanowej masy formując kształt kopca i obsypujemy pokruszonym ciastem, lekko je dociskając. Trzymamy w lodówce przez min. 2h przed podaniem :)

Ciasto świetnie nadaje się na zwykły deser, ale także może być urodzinowym tortem :)




Do wersji Halloween polecam żelki-dżdżownice, które można wepchnąć w masę i zrobić tak, żeby wyglądały na wypełzające z ziemi ;) Ja zakupiłam w Carrefourze takie klimatyczne patyczki z filcowym wzorem, które też mogą się przydać do dekoracji.



***
Piątek minął spokojnie, tylko angielski i programowanie na uczelni. Potem zakupy z rodzicami, a wieczór spędziłam oglądając seriale i robiąc sprawozdanie z układów cyfrowych :pp Nie wiem co mnie naszło, żeby zabrać się o 21 w piątek za rzeczy na uczelnię, ale strasznie się w to wciągnęłam xD
Dzisiaj rano przygotowałam ciasto na kopiec kreta i poleciałam na zumbę! Wyszalałam się, wróciłam i skończyłam robić ciasto :)
Obiad jemy u moich rodziców, zakupiłyśmy z mamą wczoraj pstrągi, więc będą z musztardą albo masłem czosnkowym, do tego sałatka brokułowa....mmmmm, robię się coraz bardziej głodna.


P.S. Przypominam wszystkim o grudniowym spotkaniu blogerów! Jeśli jesteście zainteresowani to zostawcie swój adres e-mail, miasto w którym mieszkacie i czy wolicie 1 czy 2 weekend grudnia w komentarzach :)

czwartek, 20 października 2011

małe, drożdżowe cudeńka

Nie przepadam za środami. I to nawet nie chodzi o fakt, że mam wtedy mało lubiane zajęcia, bo wczoraj było całkiem wesoło i stwierdziliśmy, że to przyjemna zabawa, tylko szkoda, że na ocenę ;) Raczej o rozłożenie zajęć w czasie, które uniemożliwia jedzenie normalnych i różnorodnych posiłków. Muszę jakoś przemęczyć ten dzień głównie na kanapkach, więc cieszę się, jeśli mam mój świeży chleb albo bułeczki. Bułeczki, które są banalnie proste w wykonaniu, z przepisu Nigelli, niesamowicie smaczne i myślę, że spodobają się każdemu, kto lubi bułki :)


Składniki na ok. 10 bułeczek:
-30 dag mąki
-1,2 dag świeżych drożdży
-pół łyżeczki soli
-pół łyżki cukru
-10 dag masła
-190ml mleka
-jajko do smarowania
-mak, sezam

Mąkę mieszamy z drożdżami, solą i cukrem. Mleko podgrzewamy razem z masłem, a następnie studzimy. Dolewamy do mąki i wyrabiamy ciasto aż będzie gładkie i elastyczne. W razie potrzeby dosypać trochę mąki albo dolać ciutkę mleka. Odstawiamy do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny.
Po tym czasie dzielimy ciasto na równe części i wyrabiamy malutkie bułeczki. Układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w odstępach ok. 5mm, przykrywamy i zostawiamy do wyrośnięcia na pół godziny. Bułeczki mają się ze sobą "zrosnąć", strasznie fajnie się je od siebie odrywa :)


Piekarnik rozgrzewamy do 220 stopni, bułeczki smarujemy jajkiem rozrobionym z odrobiną mleka i sypiemy na górę mak albo sezam. Pieczemy przez 15 minut (na ostatnie 3-4 włączam górną grzałkę, żeby się przyrumieniły). Pasują i do słodkiego, i do bardziej słonych kanapek :)
Uwielbiam posmarować je czekoladą i wypić do nich szklankę mleka.


***
Byliśmy wczoraj z L. i moją mamą na lodowisku. Się nasza uczelnia nie dogadała jeszcze z lodowiskiem i wciąż nie ma zniżek studenckich. We wtorki, środy i czwartki na ślizgawki o 18.30 i 20 obowiązują bilety w normalnej cenie - 10zł, a dla studentów w tym czasie są po 4zł. Jednorazowe wyjście nie zrobi aż takiej różnicy, ale jak chcemy chodzić co tydzień to w miesięcznym rozrachunku za dwie osoby mamy prawie 50zł różnicy. Mam nadzieję, że niedługo jednak wprowadzą te bilety, bo w ostatnich latach nie było z tym najmniejszego problemu.
Dzisiaj oboje leniuchujemy, L. wyszedł spotkać się z koleżanką, a ja zaraz mam korki z maturzystą. Jutro angielski i programowanie. Mamy układ z naszym prowadzącym, że robimy zajęcia co tydzień przez 1,5 miesiąca i potem mamy wolne - w planie programowanie jest raz na dwa tygodnie.
A wieczorem jest impreza otrzęsinowa dla pierwszaków :) Może uda nam się wybrać, zobaczymy jak się wyrobię z pracą na jutro.
I mamy zupełnie wolny weekend, żadnych planów. Zobaczymy co z tego wyniknie :)

I powiem Wam, że mam swoje małe uzależnienie - świeży chleb ze smalcem i ogórkami kiszonymi od babci. Czysta rozkosz...

wtorek, 18 października 2011

co wspólnego ma księżnicza z białym serem?

Mała K. uwielbia naklejki. Zwierzątka, literki, chmurki, grzybki, przedmioty, postacie...Naklejki sprawiają niesamowitą przyjemność, zarówno jej jak i osobie, która się z nią wtedy bawi. Raz kupiłam jej książeczkę, gdzie było kilka historii o księżniczkach i trzeba było je uzupełniać naklejkami. Ulubioną bajką była ta związana z jedzeniem. I przyznam, że dość często towarzyszyła nam przy obiedzie, bo chociaż Mała K. lubi jeść, to czasem ma swoje grymasy (zazwyczaj dotyczą tego, że nie ma mięska na widelcu/łyżce, bo mięsko jest najbardziej ukochane i zawsze musi być).
Historia była o księżniczce Justynie. Justyna była małą, rozkapryszoną dziewczynką. Nie lubiła kanapek, nie lubiła marchewek czy innych warzyw, ani także owoców. Obiady też jej nie smakowały. Bo mogłaby całymi dniami jeść tylko słodycze - cukierki, czekoladki, ciastka i całą resztę. Jestem przekonana, że gdy ma się dziecko niejadka z zamiłowaniem do słodyczy, próba nakarmienia go czymś "konkretnym" jest dość rozpaczliwa. Dlatego znam mnóstwo przepisów, żeby dzieciom przemycić pewne składniki w jedzeniu, pod przykrywką tzw. "słodkich obiadów". Jednak tym razem mam przepis na obiad, który uwielbiałam w dzieciństwie. Dalej go lubię i byłam zachwycona, kiedy oglądając książkę Pawła Lorocha - Dania na piątki, znalazłam ten prosty przepis. Chociaż przyznam szczerze, że mistrzowskie podaje pan Andrzej w "Willi Księżówce" w Wiśle (zaprzyjaźnione miejsce wyjazdów parafialnych). Zazwyczaj lądowały na kolacji, a wszystkie panny na wiecznej diecie patrzyły z niedowierzaniem jak pochłaniałam kolejne dokładki.
Pierogi czy też kopytka leniwe. Najlepsze z masełkiem i cukrem, chociaż w Krakowie podaje się je z bułką tartą. A dzisiaj, specjalnie kuszące i nietypowe jak na obiad, bo z czekoladą!


Porcja dla dwóch osób: 
-pół kilo białego sera (u mnie 40:60 tłusty z półtłustym)
-1,5 szklanki mąki
-jajko
-łyżeczka soli
-łyżeczka cukru
-3 łyżki masła
-cukier, masło, cynamon, czekolada

Biały ser kruszymy do dużej miski. Można przecisnąć przez praskę, ale mi się nie chce tak bawić. Dodajemy jajko, szklankę mąki, sól, cukier i masło. Wszystko razem zagniatamy. Gdzieś z boku mamy pół szklanki mąki, możemy jej trochę dosypać do masy, ale dla mnie 1,5 szklanki mąki to za dużo, dlatego zazwyczaj dosypuję niewiele z tej "połówki". Im mniej mąki tym lepiej, będą bardziej miękkie i serowe. Uwielbiam kiedy  widać w przekroju, że w środku ciasta jest pełno sera. Z ciasta formujemy podłużne walce, rozpłaszczamy je i kroimy skośnie na kawałki.


Wrzucamy na wrzącą wodę z łyżką masła i gotujemy aż do wypłynięcia. Podajemy z czym chcemy - z masełkiem, z cukrem, z cynamonem albo z rozpuszczoną czekoladą. 



*** 
Jak widać robota pali mi się w rękach (i w głowie) ;) ale jest tyle ciekawych dań do spróbowania i przepisów do wykorzystania, że korzystam kiedy mogę!
Dzisiaj byłam u laryngologa, prawie 2,5h spędziłam w szpitalu. Dalej nic nie wiem, oprócz tego, że mam lepsze ucho prawe od lewego. Zamknęli mnie w dość szczelnej kabinie za słuchawkami i kazali przyciskać guzik, kiedy usłyszę dźwięki. A że były ciche i takie piszczące to czasem się zastanawiałam czy naprawdę coś słyszę czy tylko mi się uroiło. I muszę jeszcze się wybrać na rtg kręgosłupa. Do końca roku będę najlepiej zbadanym człowiekiem na świecie chyba. 

Idę zrobić sos do gołąbków od dziadka i smalec! Potem siadam nad skryptem z układów cyfrowych, to już będzie taki mój wtorkowy rytuał. Jutro zajęcia mam dopiero na 14.15, do 18.00 (planowo, w zeszłym tygodniu była to 18.15), a po zajęciach idziemy z L. i moją mamą na lodowisko :)

Dopisane, g. 18.20 
Oglądałam dzisiaj przepisy na kwestiasmaku.com, a teraz weszłam na mojewypieki.blox.pl - dziewczyny używają takich samych talerzy jak ja :D 

poniedziałek, 17 października 2011

po trzecie: szpinak, mój "włoski" szpinak

Dzisiaj było kolejne dzielenie grupy na pół do sekcji oraz judo, zaraz fryzjer, jutro lekarz, gdzieś po drodze muszę odebrać indeksy i zebrać legitymacje do naklejenia kolejnego hologramu, a ja i tak głównie myślę o jedzeniu. Przede wszystkim o wczorajszym obiedzie u mojego dziadka. A nie wiem czy wiecie, ale mój dziadek jest mistrzem kuchni, szczególnie kuchni śląskiej. Pamiętam, że jak byłam mała to cały tydzień czekałam na niedzielny obiad - rosół, kurczak, kluski śląskie (z tym okropnie tłustym sosem z kurczaka), modra kapusta i kapusta zasmażana. I jak teraz też sobie o tym pomyślę to się rozpływam ;) Oczywiście mięso się zmieniało na rolady, schab czy coś innego, ale wtedy to musiałam czekać 2 tygodnie na mój zestaw z kurczakiem.
Poszliśmy wczoraj z L. i Młodą do dziadka. Rosół, kluseczki, kapustki, sos i kaczka! I wiecie co? Magda Gessler to mogłaby się wczoraj schować ze swoją kaczką! 
Niedzielne popołudnie spędziłam oglądając program o jedzeniu - "Ugotowani". Gdzie 4 obce osoby gotują dla siebie wzajemnie i się oceniają. A ja zawsze zastanawiam się co bym ugotowała na ich miejscu. W sobotę miałam okazję stworzyć lasagne ze szpinakiem i mięsem mielonym, które uwielbiam i myślę, że mimo swojej prostoty może się nadać na obiad ze znajomymi.
Co prawda zdjęcia mogą wydawać się mało apetyczne, ale już taki urok lasagne. Zapewniam Was, że pachniała przed i jeszcze po baaardzo zachęcająco. 

Składniki dla 4 osób:
-opakowanie płatów makaronowych
-60-70 dag mięsa mielonego
-opakowanie albo 1,5 opakowania szpinaku mrożonego 
-ser pleśniowy "Lazur"
-czosnek, duuużo czosnku!
-500 ml przecieru pomidorowego albo dwie puszki pomidorów
-cebula 
-sól, pieprz, bazylia i oregano
-żółty ser 


Zamrożony szpinak wrzucamy do garnka i podgrzewamy na wolnym ogniu, kiedy już się roztopi dorzucamy ser pleśniowy w drobnych kawałkach. Mieszamy aż do uzyskania ładnej, zielonej masy, gdzie nigdzie przerywanej białym kolorem. Dorzucamy wyciśnięty czosnek, solimy i pieprzymy - tutaj każdy musi po swojemu doprawić.
Mięso wrzucamy na patelnię i smażymy. Po chwili dodajemy posiekaną cebulę. Do przecieru/zblendowanych pomidorów dodajemy oregano, bazylię, sól i pieprz. Jeśli chcecie możecie też dodać trochę papryki albo chilli. 80-85% sosu dolewamy do mięsa, mieszamy i doprawiamy jeszcze trochę do smaku np. dodając czosnek albo jeszcze soląc.
Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Płaty makaronowe wrzucamy na chwilę do gorącej wody, żeby je lekko zmiękczyć. Spód naczynia, w którym będziemy piec nasze danie smarujemy częścią pozostałego sosu. Kładziemy pierwszą warstwę makaronu, na to mięso mielone i szpinak. Potem robimy kolejne warstwy, ja zrobiłam dwie. Na górę układamy płaty i polewamy je resztą sosu. Wstawiamy do piekarnika na ok. 20 minut, po tym czasie kładziemy na górze plasterki/kawałki sera żółtego i pieczemy jeszcze 5-7 minut. 


Byłyśmy zachwycone z Aurorą tym zielonym kolorem ;)

***
Na judo dzisiaj byłam "rzucana" przez kilku kolegów po kolei. I dla nich była to niezła odmiana, że nie muszą dźwigać osiemdziesięciu czy więcej kilogramów, tylko pięćdziesiąt kilka :pp Oprócz tego w czasie jednej walki okazało się, że druga para jest dość blisko moich stóp, więc było tylko "Aaaa, czekaj czekaj, bo ja chyba kogoś po twarzy tam kopię".  
Jutro laryngolog, mam się zjawić 10-13, a że szpital jest pół minuty ode mnie to chyba przyjdę koło 12.30, żeby nie musieć stać całego dnia w wielkiej kolejce. 

Dobra, uciekam do mojej Endżi na podcięcie końcówek. Po zajęciach byliśmy tam z L., bo on też potrzebował ostrzyżenia i lekko mnie przeraziła liczba i wygląd dziewczyn na praktykach zawodowych - cztery albo pięć, wszystkie okropnie wypacykowane, strasznie zniszczone włosy (pewnie ciągle próbują coś na sobie wzajemnie robić). Zobaczymy czy moja "burza" loków znowu wzbudzi sensację.

Przypominam także o zostawianiu adresu e-mail i miejscowości, z której jesteście - w związku z grudniowym spotkaniem blogerów

sobota, 15 października 2011

takie są skutki...picia wódki? I pralinki marcepanowe!

Do mojej listy "niewiemjakzdam" przedmiotów doszedł nowy - KUC, czyli konstrukcja układów cyfrowych. Po piątkowych ćwiczeniach nasuwa mi się tylko "nie ogarniam", zobaczymy jak to będzie. Na razie bardziej niż KUC głowę zaprząta mi kac. Nie, nie...nie w takim sensie jak myślicie ;) Owszem, impreza była, impreza iście "amerykańska", bo rum z colą, mnóstwo ludzi i dobra zabawa, ale nigdy jeszcze nie miałam okazji poznać o co chodzi z tym sławnym kacem. Nigdy mnie głowa nie bolała i kot zawsze pozostawał kotem, a nie tupiącą bestią (pomijając fakt, że kota nie posiadam). Zastanawiam się czy można mieć kaca o smaku czekolady? Myślę, że mogłoby to być całkiem ciekawe doświadczenie, ale jestem przekonana, że o wiele lepiej jest mieć czekoladowy weekend bez kaca, a w sympatycznym towarzystwie. Spotkania są bardzo miłe, a jeszcze milsze, gdy nie wiesz czego (albo raczej kogo) można się spodziewać. Tak też pod osłoną ratusza i mojego kaptura z kurtki zimowej spotkałam się dziś z autorką najbardziej czekoladowego bloga :) A spotkanie dwóch miłośniczek jedzenia musi zawierać odpowiednie składniki.
Po pierwsze - czekolada. Po drugie - marcepan. Po trzecie - szpinak. Po czwarte - wino.

Czekolada w roli babeczek. Ale to już było i ciekawscy mogą się natknąć na moje czerwone foremki z najlepszym środkiem tutaj ;) Wino, jak to wino, ogrzewa w takie zimne dni. O szpinaku napiszę następnym razem, a teraz mam dla Was małe co nie co, które uwielbiam - marcepan! Albo raczej pralinki marcepanowe.


Składniki na 25-30 czekoladek:
-20 dag marcepanu/dobrej masy marcepanowej
-trochę orzechów
-tabliczka czekolady


Orzechy należy zmielić albo posiekać i wymieszać razem z marcepanem. Z gotowej masy formujemy kulki, trochę mniejsze od np. Ferrero Rocher. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej i malujemy nią kulki marcepanowe. Z wierzchu możemy posypać orzechami. Zostawiamy w lodówce :)


***
Mamy także propozycję dla Was! Grudniowe spotkanie blogerów. Nie ma jednak ani określonego terminu ani miejsca, bo chcemy, żeby przyjechało jak najwięcej osób :) Wstępnie - pierwszy albo drugi weekend grudnia, w miejscu, które będzie najbardziej dogodne dla jak największej ilości osób. Jeśli jesteście zainteresowani to dajcie znać pod tym wpisem:
1) Który weekend bardziej Wam pasuje
2) Skąd jesteście
3) Adres e-mail do kontaktu
Z czasem ustalimy wszystkie szczegóły i będziemy się przypominać ;)

Wspaniałej niedzieli!