środa, 31 października 2012

coca-cola cupcakes w wersji Halloween

Od dawna miałam ochotę je zrobić, jednak sporo czasu minęło zanim się na nie zdecydowałam. Pojawiły się w zasadzie jako dodatek, bo chciałam poćwiczyć zabawę lukrem plastycznym (Halloween to świetna okazja), jako bazę postanowiłam wybrać ciemne babeczki z kremem czekoladowym.
Są puszyste, wilgotne, bardzo kakaowe, a na górze zrobiła się chrupiąca warstwa. Do tego krem czekoladowy...to chyba najlepsze babeczki jakie zrobiłam!


Składniki na 10 muffinek:
-szklanka mąki
-2/3 szklanki cukru (jeśli chcecie bardziej słodkie to więcej)
-4 łyżki kakao
-2 jajka
-150ml coli
-100ml oleju
-2 łyżeczki proszku do pieczenia

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Przesiewamy mąkę do miski, dodajemy cukier, kakao i proszek do pieczenia. W drugiej misce mieszamy pozostałe składniki, a następnie mokre z suchymi - tylko do połączenia składników.
Nakładamy ciasto do 2/3 wysokości papilotek i pieczemy przez ok 20 minut.

mała wariacja, 
rocznicowe :)

Krem czekoladowy (do solidnego tj. jak na zdjęciach, ozdobienia ok 6 babeczek):
-tabliczka czekolady
-pół kostki miękkiego masła
-3 łyżki mleka
-2-3 łyżki cukru pudru

Czekoladę roztapiamy z mlekiem i studzimy. Masło ubijamy na puszysty, jasny krem, dodajemy czekoladę, a na końcu cukier do smaku. Chłodzimy i dekorujemy babeczki.
O dekoracjach kilka słów tutaj.





***
Pałlina zaprosiła mnie do zabawy - moje pięć sposobów na jesienną chandrę. Do dalszej zabawy zapraszam wszystkich chętnych!

1. Sport
Niezależnie od pory roku, jeśli zapytacie mnie o poprawę humoru to powiem, że pomaga mi aktywność fizyczna. Owszem, czasem ciężko mi się zmobilizować, szczególnie jeśli łapią mnie osłabienia, ale wystarczy kilkanaście minut treningu, żeby poprawić mi humor :) Na jesień jest to zumba, łyżwy oraz ćwiczenia w domu. Zaliczam także wieczorne spacery do tego punktu.

2. Śnieg
Wbrew pozorom śnieg to świetny sposób na poprawę mojego humoru. Bardzo mnie cieszy mróz oraz biały puch, czy to w październiku czy w listopadzie. Mroźne spacery należą do moich ulubionych (od nich wolę tylko spacery po plaży).

3. Książki
Razem z kubkiem herbaty to świetny sposób na spędzanie chłodnych wieczorów.

4. Pieczenie 
Tworzenie słodkich wypieków sprawia mi olbrzymią przyjemność. Ich jedzenie również ;) A jeśli są czekoladowe to tym bardziej.

5. Bliskość mojego L. 

W rozmowie z moją kardiolog dowiedziałam się, że wyniki rezonansu są bardzo ładne :) Holter jeszcze niesprawdzony, ale prawdopodobnie w tym roku nie będę musiała się pojawiać na echo czy próbę wysiłkową, dopiero w przyszłe wakacje. Cieszę się, że serducho mi ładnie połatali i że go nie nadwyrężam ;)

wtorek, 30 października 2012

Halloweenowe babeczki

 W dzieciństwie zdarzało mi się robić imprezy dla koleżanek z okazji Halloween albo Andrzejek. Największą frajdę sprawiało mi wycinanie ozdób (do dzisiaj mam szablon dla nietoperza) oraz żłobienie dyni. W tym roku na imprezę idziemy do restauracji, ale przygotować drobne ozdóbki musiałam ;)







Babeczki z coca-colą, ozdobione maślanym kremem czekoladowym. Standardowy rozmiar, twarde papilotki. 

Dekoracje z lukru plastycznego - czarny kupny. Pomarańczowy i zielony to żółty zabarwiony barwnikami w proszku. Dekoracje mają ok 2-3cm wielkości, poniżej jedna z dyń położona na mojej ręce. Żłobienia na dyniach wykonane wykałaczką. 
Czas: 20-30 minut. 


krótkie wyznanie miłości

Dzisiaj mijają dwa lata. Nasze wspólne dwa lata. Dla mojego L.


Standardowej wielkości babeczki w twardych papilotkach - coca-cola cupcakes (przepis tutaj). 
Krem maślany czekoladowy.

Ozdoby z czerwonego lukru, literki z lukru królewskiego. Wycięte wykrawaczkami do ciastek. Schły ponad 12 godzin. 
Czas zrobienia - 3 minuty ;)




niedziela, 28 października 2012

gateau au chocolat

Winter is coming. 
Nie da się zaprzeczyć, że nasza jesień jest bardzo humorzasta. Raz pełna lata, żeby dwa dni później sypać śniegiem. Nie przepadam za taką aurą, jest szaro, pochmurno, bardzo mokro. Z utęsknieniem czekam na temperatury ujemne i biały puch z nieba. Jest jedna rzecz, która mnie bardzo cieszy - początek sezonu na wszystko co z czekoladą. Już tak mam, że w lecie moja ochota na słodycze maleje, ciasta są lekkie i owocowe, napoje głównie chłodzące. Jednak im bliżej listopad i świąteczne oczekiwanie, tym ja mam większą ochotę na chwilę czekoladowego zapomnienia. Na filiżankę prawdziwej gorącej czekolady jeszcze przyjdzie czas, a dziś mam dla Was wypiek podpatrzony w 'Polskim turnieju wypieków'. Ciasto jest mocno czekoladowe, dość wilgotne, nie wyrasta dużo, jednak jeden kawałek wystarczy, żeby podbić Wasz smak.


Składniki na formę 26cm:
-2 tabliczki czekolady (u mnie dwie gorzkie)
-pół szklanki cukru (może by 2/3 jeśli wolicie bardziej słodkie)
-3/4 kostki masła
-1/2 szklanki mąki
-5 jajek
-łyżeczka proszku do pieczenia

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. W garnku na niewielkim ogniu roztapiamy masło z czekoladą. Żółtka ucieramy z cukrem, następnie mieszamy z przesianą mąką i proszkiem do pieczenia, łączymy z masą czekoladową. Ubijamy białka na sztywno i delikatnie mieszamy z resztą masy. Przelewamy do formy (posmarowanej masłem albo wyłożonej papierem), pieczemy 20-25 minut.



PS Czuję się już całkiem dobrze :)
PS2 Uwielbiam późnowieczorne, mroźne spacery!

pierwsze wspólne zdjęcie, pierwszy spacer po śniegu
prawie 2 lata temu :)

piątek, 26 października 2012

placek drożdżowy wielkopolski

Dwa dni wycięte z życiorysu, kolejne zwolnienie lekarskie do kolekcji, bo tym razem nie było mowy, żeby wstać na zajęcia. Apetyt powoli wraca, niestety - ciacho, na które mnie naszło na początku tygodnia głównie stoi i schnie. 
Proste, o charakterystycznym 'domowym' zapachu, zainspirowane powrotem do książek Musierowicz i wpadaniem co kilka rozdziałów na wspomnienie o ciepłym placku drożdżowym. Jakiś czas temu kupiłam 'Łasucha literackiego', czyli zbiór przepisów Musierowicz, o których jest mowa w książkach. Co prawda nie znalazłam w nim przepisu na placek drożdżowy Borejków, ale znalazł się Tosiny wypiek dla Mamerciątek ;)


Przepis na blaszkę ok 30cm:
-4 dag drożdży
-2 całe jajka + 5 żółtek (ja dałam 4 całe, bo więcej nie miałam)
-75 dag mąki (4,5 szklanki powinny być ok)
-pół kostki masła
-szklanka cukru
-szklanka mleka
-szczypta soli
-2 łyżki oliwy z oliwek
-opakowanie cukru waniliowego (8g)

Drożdże rozkruszamy do miseczki i zalewamy ciepłym (nie gorącym!) mlekiem, mieszamy z łyżką cukru i zostawiamy na 10-15 minut. Masło roztapiamy i studzimy. Do miski przesiewamy mąkę, dodajemy cukier oraz zaczyn. Następnie roztrzepujemy jajka z odrobiną soli, wlewamy do mąki i zagniatamy. Pod koniec dodajemy masło oraz oliwę, wyrabiamy ciasto przez 10 minut. Odstawiamy do wyrośnięcia (podwojenia objętości). Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni i przygotowujemy kruszonkę (1/3 kostki masła, 3/4 szklanki mąki, 3/4 szklanki cukru), ciasto przekładamy do blaszki (wysmarowanej masłem albo wyłożonej papierem do pieczenia), kruszonkę rozkładamy równomiernie na górze, wkładamy do piekarnika i zmniejszamy temperaturę do 180 stopni. Pieczemy 20-30 minut (w zależności od wielkości blachy), ciasto się powinno ładnie przyrumienić, ale przed wyjęciem sprawdźcie patyczkiem czy jest dopieczone w środku. 

Smacznego i udanego weekendu! Ja wracam zdrowieć :)

wtorek, 23 października 2012

na Halloween: sweets or tricks

Koniec października to dla mnie czas szczególny - Święto Reformacji, nasza rocznica z L., urodziny przyjaciela. W tym roku dojdzie także środowa impreza w gronie osób z zumby, w klimacie Halloween. L. pewnie będzie żołnierzem, a ja na razie waham się między poczochranym, krwawym zombie a panią naukowiec (z wąsami oczywiście). Patrząc na bilety i myśląc o dziecięcych wygłupach "Cukierek albo psikus" postanowiłam wybrać to pierwsze. Cukierek. do realizacji w mojej kuchni. Długo się nie zastanawiając wzięłam puszkę mleka skondensowanego (czasem mi jakieś zalegają, kupione na zapas w czasie zakupów) i po rozpoznaniu tematu przystąpiłam do przygotowania znanych wszystkim krówek-ciągutek czy też mordoklejek. Ale, żeby nie było mi za dobrze - musiał być także psikus. Po pierwsze nie spodziewałam się, że wyjdzie aż tyle cukierków z jednej puszki mleka. Po drugie, że tak się to wszystko będzie lepić. Po trzecie, że najlepiej naczynia po tej robocie myje się wrzątkiem. Po czwarte, naprawdę dobrze zaklejają ;)


Składniki na ok 45 cukierków:
-puszka mleka skondensowanego słodzonego
-szklanka cukru
-pół kostki masła
-4 łyżki miodu

Wszystko wlewamy/wsypujemy do garnka, stawiamy na niewielkim ogniu i gotujemy aż zgęstnieje. Niestety, masa bardzo łatwo się przypala, więc przez cały proces gotowania stoimy i mieszamy drewnianą łyżką - powinno to zająć 20-30 minut. Masa stanie się brązowa, gęsta i lepka. Możecie odstawić garnek z ognia i sprawdzić czy masa już się nadaje - wystarczy rozsmarować nieco masy na talerzyku i zobaczyć jak zastyga - jeśli będą z tym problemy to oznacza, że jeszcze trzeba pogotować.
Następnie wykładamy prostokątną formę papierem do pieczenia i wylewamy masę - moja zajęła jakieś pół blaszki (ok 25x15cm) i zostawiamy do ostygnięcia. Kiedy masa będzie delikatnie ciepła, ale wciąż elastyczna kroimy ją na kawałki i każdy owijamy w papierek (z papieru do pieczenia). 




***
Na dobry początek tygodnia wczorajsze poranne laborki się nie odbyły - niestety, trzeba będzie odrobić. Dzięki temu jednak zyskałam trochę czasu - na rosół, na pranie, na sprzątanie. Dzisiaj wykłady i trzeba przygotować dwie rzeczy do jutra. I miasto zasnute mgłą...

sobota, 20 października 2012

obłędna tarta cytrynowa z bezami

Tarta z kremem cytrynowym to wypiek o którym od pewnego czasu opowiadała Rodzicielka - ktoś przyniósł na imprezę w pracy i bardzo posmakowała. W związku z tym znalazła się na mojej liście TODO. Lista jest jednak długa i nie zawsze wybieram z niej rzeczy w kolejności, częściej sugeruję się moją ochotą, więc pomysł na tartę leżał i leżał. W sobotę wybraliśmy się z L. na spacer, trafiliśmy do kawiarni i zamówiliśmy właśnie tartę cytrynową - okazała się być boska, a ja postanowiłam upiec ją w domu.



Składniki na formę 26cm (inspiracja):
-150g zimnego, posiekanego masła
-220g mąki
-2-3 łyżki cukru
-łyżka wody 

-7 cytryn
-8 jajek
-200g cukru pudru
-łyżka mąki ziemniaczanej i łyżka mąki pszennej
-150g masła

Z mąki, masła, cukru i wody zagniatamy kruche ciasto. Ma być gładkie, delikatnie elastyczne. Chowamy do lodówki na godzinę. 
Rozwałkowujemy na cienki placek, wykładamy blachę posmarowaną masłem (albo wyłożoną papierem do pieczenia), formujemy brzegi, nakłuwamy widelcem w kilku miejscach i pieczemy w 180 stopniach 15-20 minut, aż będzie złotawa. Warto gdzieś w 1/3 pieczenia sprawdzić czy przypadkiem ciasto nam się na wybrzusza na środku, żeby nas potem nie spotkała niespodzianka ;) 
Cytryny myjemy, ścieramy skórkę z 3-4 i wyciskamy ze wszystkich sok. Połowę cukru pudru wsypujemy do garnuszka, zalewamy sokiem z cytryn, mieszamy i doprowadzamy do wrzenia. W misce mieszamy (można zmiksować) dokładnie mąki, resztę cukru, 5 całych jajek + 3 żółtka. Wlewamy do gotującego się syropu cytrynowego i stale mieszając czekamy aż masa zacznie gęstnieć (a zgęstnieje dość mocno). Wtedy ściągamy ją z ognia, dodajemy pokrojone masło i skórkę z cytryn, mieszamy aż do rozpuszczenia się masła i studzimy. Przestudzoną masę wylewamy na ciasto i zostawiamy do stężenia.
Z pozostałych 3 białek i 200g cukru pudru możecie zrobić bezy - białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywno, dodajemy stopniowo cukier puder i jeszcze chwilę ubijamy. Powinien powstać aksamitny, gęsty krem.
Niestety z moimi bezami problem pojawia się w momencie ich pieczenia - połowa zawsze nadaje się do wyrzucenia, bo nie są takie jakbym chciała :p Albo je spalę, albo zżółkną, albo są koszmarnie gumowe. Generalnie powinno się je piec w niewysokiej temperaturze (ok 100 stopni) przez 40-50 minut. Także szczerzę przyznaję, że bezy są kupne w dobrej cukierni, bo moje mi w większości nie wyszły :(





środa, 17 października 2012

eklerki z bitą śmietaną

Była już karpatka, były ptysie, przyszedł czas na eklery - podłużne ciastka przełożone kremem budyniowym lub śmietaną, oczywiście z polewą czekoladową. Idealne na deser, smakują także dobrze na osłodę śniadania, mają w sobie coś szczególnego - chętnie po nie sięgam niż po ptysie :)


Składniki na ok 8 sztuk:
-pół szklanki wody
-pół szklanki mąki
-5dag masła
-2 jajka
-250-350ml kremówki (zależnie ile chcecie)
-pół tabliczki czekolady

W garnku rozpuszczamy wodę i masło, następnie dodajemy mąkę i szybko mieszamy aż ciasto zrobi się bardzo gęste, zbite i będzie odchodzić od ścianek. Nieco studzimy i dodajemy jajka - wszystko od razu miksujemy aż będzie gładka masa. Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni, na papier do pieczenia wyłożony na blaszce wykładamy ciasto - możecie łyżką, jednak się klei. Osobiście polecam nałożyć ciasto do rękawa cukierniczego czy szprycy i przy użyciu dość szerokiej końcówki wyciskać podłużne ciastka. Pieczemy 25-30 minut, nie otwieramy drzwiczek, bo ciasto klapnie!

Bitą śmietaną ubijamy, czekoladę rozpuszczamy na parze, ostudzone ciastka przecinamy na pół. Górną połowę smarujemy czekoladą, dolną smarujemy bitą śmietaną i składamy. 




***
Pierwsze laboratoria za mną, projekty wybrane, wykłady rozpoznane, problemy z trzecim piętrem już obecne (i nadal nie rozwiązane). Będę ten semestr długo wspominać ;) Dzisiaj tylko laborki z javy + kartkówka. 
W niedzielę stwierdziłam, że dla 'artystycznych' tortów stworzę osobne miejsce, dlatego zamówione wypieki będą się znajdować tutaj :) Na razie pewnie będzie to dość rzadko, ale z czasem może się rozkręcę :)
Wieczorem 'Polski turniej wypieków' na TLC. Jestem ciekawa drugiego odcinka, bo pierwszy był dość słaby tzn. podoba mi się sama forma tego programu (bez stresu, bez krzyków, bez ckliwych historii), jednak uczestnicy są naprawdę sporymi amatorami - mając 3 godziny na upieczenie ciasta czy dwóch rodzajów ciastek ze znanego sobie przepisu powinni coś zaprezentować, a nie podawać surowe ciasto albo nieudane ciastka. Może poziom wzrośnie ;)


niedziela, 14 października 2012

Zygzak McQueen

Torcik numer dwa oblepiony masą cukrową. Tym razem jako prezent dla pięcioletniego Michała - jak można się domyślić, wielkiego fana filmu 'Auta' i głównego bohatera Zygzaka McQueena.


Smak: tort a la kopiec kreta - kakaowy biszkopt, posmarowany czekoladowym (deserowym) ganache, masa to bita śmietana z posiekaną czekoladą mleczną i gorzką oraz bananami.
Średnica: 16 cm - torcik malutki, jednak przez to dekoracja była trudniejsza do wykonania, bo musiała być mniejsza (ma 14 cm).

Masa cukrowa: biała domowa, tym razem dodałam za mało żelatyny i masa wyszła dość krucha, co sprawiło mi problem w jednym miejscu na torcie. Kolorowe (czerwony, czarny, żółty) kupne - pracowało się dość wygodnie przy tworzeniu małych elementów, nie wiem czy zdecydowałabym się na tę konkretnie masę do oblekania całego tortu, bo momentami dość mocno się lepiła - najgorszy moment był przy odklejaniu gotowego Zygzaka, bo przykleił się w jednym miejscu za bardzo do papieru i prawie bym go porwała, ale na szczęście się udało nic nie uszkodzić ;) Co więcej lukry kupne miały słodkawy zapach!
Szary to połączenie czarnej z białą, pomarańczowa to żółty odpowiednio zabarwiony, niebieski to biała zabarwiona.
Technika dekoracji: Zygzaka wycinałam 'od szablonu' tzn. wydrukowałam sobie obrazek i przycinałam, jest zrobiony 'warstwowo'. Napis to czerwone kwadraciki, do których przymocowałam wykałaczki i przyklejałam kawałki żółtego lukru tworząc literki. Jako kleju użyłam zwykłej wody. Nieoceniony był okrągły nożyk do pizzy.

Izolacja: masa maślana z białą czekoladą.

Najfajniejszy element: błyskawica :D
Najgorszy element: oczy. Robiłam kilka podejść do prawego oka, bo nie chciało mi współgrać z lewym. Do końca nie byłam zadowolona, ale już miałam dość i masa niebieska powoli zaczynała mi się kruszyć.


Z czego jestem najbardziej zadowolona: z literki 'Ś' - teoretycznie najtrudniejsza, a najbardziej mi się podoba oraz z całkiem równego przycięcia białej masy na dole tortu.



Z czego nie jestem zadowolona: z zakończenia oblekania tortu. Niestety, masa wyszła trochę za mało plastyczna i nie mogłam jej naciągnąć, żeby równo pokryć - do wyboru miałam albo porwanie masy albo zrobienie mało estetycznego zagięcia. Mając w głowie wizję ponaklejania czarnych kwadratów na wzór flagi - wybrałam drugą opcję, zagięcie, które było umiejscowione z 'tyłu' tortu.


Czas: 10 minut biszkopt + 40 pieczenia. 5 minut ganache + 15 minut masa śmietanowa + 10-15 przekładanie. Zygzak + litery - myślę, że około godziny. Biała masa + izolacja + oblekanie + wykończenie dekoracji - godzina do półtorej.
Nie wliczam studzenia i chłodzenia ;)

Podsumowanie i wnioski: chyba jednak będę wybierać masę kupną. Mężczyzna przydaje się do wyrabiania masy i mechanicznego rozmiękczania masła :D Całość nabrała wyrazu kiedy umiejscowiłam napis.



relacja z pierwszego tworzenia i tort w motylach

Pierwszy tort jaki zrobiłam w drugiej połowie września - na moje urodziny. Rozmiar: 26cm, smak: rafaello posmarowany dżemem jagodowym.





Kilka podstaw:

Masę cukrową kładziemy na krem maślany. Jest to bardzo ważne szczególnie w przypadku tortów przełożonych śmietaną, owocami czy mocno nasączonych, bo masa cukrowa zacznie chłonąć wodę i może się rozpuszczać. Także należy tort posmarować z wierzchu, bardzo dokładnie, cienką warstwą kremu. Na tort 26 cm zrobiłam krem z miękkiej kostki masła, pół szklanki cukru pudru i pół roztopionej tabliczki białej czekolady - ubijamy masło z cukrem, pod koniec dodajemy przestudzoną czekoladę, smarujemy tort i chłodzimy. Przed nakładaniem masy cukrowej należy tort wyjąć chwilę wcześniej z lodówki. Krem jest praktycznie niewyczuwalny pod masą.




Długo zastanawiałam się czy kupować masę cukrową czy zrobić ją samodzielnie. Wybrałam drugą opcję, bo zakup masy na tort o średnicy 26cm to koszt ok 40zł, a zrobienie w domu to koszt 1kg cukru pudru i opakowania glukozy, którą można kupić praktycznie w każdym hipermarkecie (albo na dziale z cukrami albo na dziale ze zdrową żywnością w Auchan). Niestety, nie jest to aż takie łatwe jak mi się wydawało ;) Przepis wzięłam z forum Tortolandii.

Składniki na masę: (ja na tort 26cm i drobne dekoracje wykonałam przepis x1,5)
-ok 80 dag cukru - szczerze przyznam, że nie wiem ile ja dałam, ale na pewno mniej, ok 65dag zamiast 80
-70ml zimnej wody
-4 łyżeczki żelatyny
-10dag glukozy
-2 łyżeczki Planty

Żelatynę wsypujemy do garnuszka i zalewamy wodą, odstawiamy na 5 minut. Następnie umieszczamy garnuszek nad parą wodną i rozpuszczamy żelatynę, dodajemy glukozę, a po chwili Plantę i chwilę mieszamy. Zdejmujemy przed całkowitym rozpuszczeniem się Planty i studzimy do temperatury pokojowej. Do miski wsypujemy połowę cukru pudru, dodajemy naszą masę z żelatyny i mieszamy. Kiedy masa 'złapie' cukier puder możemy zacząć wyrabiać rękoma.
Teoretycznie masa powinna bez problemu łapać cukier, ale będzie się to działo stopniowo, więc cukier też dodajemy stopniowo. Jak napisałam wyżej, w mojej masie znalazło się znacznie mniej cukru pudru niż zakłada przepis. Przyznam, że był to powód do stresu, bo w pewnym momencie cukier nie chciał się wchłaniać, a ja gniotłam, gniotłam i gniotłam, a ręce zaczynały boleć. Na szczęście była magiczna rada - dodaj trochę Planty, dzięki czemu masa wraca na właściwy tor. Moczyłam także delikatnie opuszki palców, żeby nieco rozmiękczyć masę i wcisnąć jak najwięcej cukru do środka. Niestety, założyłam, że jak zrobię masę z 80dag to wystarczy. A tu się okazało, że jest masy znacznie mniej i robiłam ją jeszcze drugi raz, z połowy składników.

Masę można przechowywać w lodówce, szczelnie opakowaną w folię. Jeśli będzie za twarda trzeba ją ogrzać - chwila w mikrofalówce, nad parą wodną albo zagniatanie. Kuchenki mikrofalowej nie posiadam, a trzymanie nad parą wiele nie pomogło. Szczerze przyznam, że dodatkowe zagniatanie otrzymanej kuli (blisko kilogramowej) było kolejną męką. Potem przyszła pora na rozwałkowanie - zgodnie z przepisem na blacie posmarowanym Plantą, grubość ok 3-5mm. Pierwsze podejście skończyło się porwaną masą. Stwierdziłam - nie panikować. Nieco wody, nieco Planty, nieco dosypałam cukru i uzyskałam fajną masę, którą postanowiłam podsypać mąką ziemniaczaną i tym razem rozwałkowała się bez większych problemów. Nawinęłam ją na wałek i przeniosłam na tort. Teraz przyszła pora na ułożenie masy i odcięcie nadmiaru, bardzo pomocny okazał się nóż do pizzy.


Niestety, w jednym miejscu masa mi się nieco rozerwała. Niewielkie pęknięcia czy naderwania można naprawić przykładając gorący nóż do masy, ale w przypadku większych zostawia to mało estetyczny ślad. Dodatkowo nieco za bardzo wykroiłam masę i w kilku miejscach wystawał spód tortu. Na szczęście zostało trochę masy ze ścinków, dzięki czemu postanowiłam zrobić wstążkę i zakryć moje błędy - wstążkę posmarowałam wodą i przykleiłam do tortu ;) Z reszty masy uformowałam motylki. Użyłam dwóch barwników - najpierw w kolorze cielistym, a następnie fiolet jagodowy. Sprawdziłam tym samym dwa rodzaje barwników - w żelu i w proszku. Z barwnikiem w żelu nie było żadnych problemów - trzeba było tylko zagnieść masę z odrobiną barwnika. Natomiast czytałam sporo, że barwniki w proszku zostawiają nieestetyczne plamki, smugi etc. Dlatego nasypałam barwnik na masę i rozsmarowałam ją mokrym palcem. W jednym miejscu pojawiło się intensywniejsze przebarwienie, a tak to nie było problemów :) Motylki posmarowałam srebrnym barwnikiem w proszku, delikatnie się mieniły. Przykleiłam je zwykłym lukrem.



Domowe przygotowanie masy (łącznie z robieniem motylków oraz kremu maślanego) zajęło mi ok 2h i skończyło się bólem przedramion, a mój prawy łokieć prawie mnie zabijał przez resztę dnia. Mój problem prawdopodobnie wynikał z tego, że dałam nieco za dużo żelatyny - łyżeczka łyżeczce nierówna. Następnym razem spróbuję dać 3.5 i poproszę L. o pomoc przy zagniataniu :)
Tort przechowywałam w lodówce przez kilka godzin. W obawie o to, żeby nie powstała tzw. rosa postanowiłam na wszelki wypadek zakryć tylną ścianę lodówki kawałkiem kartonu. Podobno pomaga. Natomiast moja mama trzymała pozostałą część noc i pół dnia, bez żadnych udziwnień i nic się z nim nie stało.

Jeśli chodzi o smak masy - co tu dużo mówić, to praktycznie sam cukier. Albo można zrobić mniej słodki krem albo zrezygnować ze zjadania masy.

Muszę jeszcze wspomnieć o przydatnych narzędziach. Jakiś czas temu za kilka złotych kupiłam w Ikei biały, plastikowy komplet do tortu - łopatkę do nakładania oraz taką dość długą, wąską packę/łopatkę, która jest moją najlepszą przyjaciółką przy robieniu tortów. Świetnie się sprawdza przy smarowaniu i wygładzaniu mas. Wiem też, że przy najbliższej okazji kupię nóż cukierniczy, co znacznie ułatwi mi przekrawanie biszkoptu i wyrównywanie.
Drugim przydatnym narzędziem okazał się nóż do pizzy (i długa linijka oraz metr krawiecki). Zaopatrzyłam się także w specjalny wałek. Jednak wałek dużych rozmiarów kosztuje ok 100zł, więc za znacznie mnie kupiłam 'wałeczek' 25 cm, który niestety nie okazał się przydatny (żałuję, że nie kupiłam tego noża :p). Musiałam polegać na tradycyjnym, drewnianym wałku, który obsypany mąką ziemniaczaną spisał się bardzo dobrze.
Kolejną inwestycją będą packi cukiernicze, służące do wygładzania ciasta.






Słodkie dzień dobry

Nazywam się Kasia, mam 21 lat i studiuję informatykę. Z zamiłowania piekę ciasta, tworzę słodkości, bawię się czekoladą. Wszystko to robię, bo lubię, żeby uszczęśliwić bliskich i dobrze się bawić. Torty zawsze darzyłam szczególnym zainteresowaniem - pieczone na specjalną okazję, do każdego podchodzę indywidualnie, obdarowuję nimi moją rodzinę i przyjaciół. Jednak postanowiłam się rozwijać i po obejrzeniu wielu programów i filmików, przeczytaniu setki stron i obejrzeniu tysięcy zdjęć postanowiłam zacząć moją przygodę z sugarcraftingiem.
Prowadzę bloga kulinarnego - 'My sweet life, my tasty world', gdzie dzielę się przepisami, zdjęciami i kawałkiem mojego życia. Ten postanowiłam założyć jako swego rodzaju portfolio moich tortów. Jestem początkująca, na moim koncie dopiero dwa torty, jednak już uwielbiam się tym zajmować.

Na temat każdego tortu zamierzam napisać kilka zdań (takie małe sprawozdanie). Będę się także dzielić moimi niepowodzeniami, błędami i przemyśleniami, które towarzyszyły mi w czasie pracy. Myślę, że na samych tortach się nie skończy - babeczki to także pole do popisu i ćwiczeń z masą cukrową. Postaram się także dodawać możliwie jak najlepsze zdjęcia - jednak fotografem nie jestem, więc wychodzi różnie ;)

Smacznego!

smaczne spotkania

Ostatnio zwolniłam nieco w kuchni - przystosowuję się do roku akademickiego, co więcej dopadło mnie jesienne przesilenie. W międzyczasie jednak udało mi się spotkać z dawno niewidzianymi znajomymi, a także rodziną. Stąd też dzisiejszy wpis, bardziej fotograficzny.





Jedliście kiedyś domową, świeżo wędzoną szynkę? Boska!




















A tak naprawdę powodem dla którego zwolniłam było przygotowywanie się (zarówno techniczne jak i psychiczne) do tego tortu: