poniedziałek, 30 stycznia 2012

rogale śniadaniowe z makiem

Lubię odwiedzać inne blogi kulinarne, poczytać, podłapać pomysły, kilka inspiracji. Zazwyczaj notuję gdzieś te najciekawsze. A czasem się zdarza tak, że nie umiem się w prost oprzeć i MUSZĘ wykorzystać przepis bądź pomysł w tej chwili, teraz, zaraz. Tak było też ostatnio. Wpadłam na blog Szafirkowej dziewczyny i zobaczyłam rogaliki. Przypomniały mi się sobotnie śniadania w domu, kiedy mama szła rano do sklepu po pieczywo i często na stole pojawiały się rogale. Najlepsze z masłem albo z ulubionym dżemem. Zaraz potem uświadomiłam sobie, że bardzo dawno nie piekłam pieczywa!
No tak, obiad trzeba zjeść, więc się zawsze coś ugotuje. Podstawowe składniki na ciasta zazwyczaj też mam, a nawet jak czegoś brakuje to szybki spacer mi nie zaszkodzi. Z pieczywem jest jednak inaczej. Wymaga czasu, bez pośpiechu, i trzeba o nim pomyśleć z wyprzedzeniem. Piekąc chleb trzeba kilka dni wcześniej przygotować zakwas, dokarmiać go i nawadniać. Wyrobić zaczyn albo ciasto kilka godzin wcześniej. Wypieki na drożdżach też potrzebują czasu, żeby wyrosnąć. A w sesji czas liczy się trochę inaczej. Na szczęście w piątkowe popołudnie trochę go znalazłam i upiekłam na kolację (i sobotnie śniadanie), mięciutkie, puszyste i przepyszne rogale z makiem.




Składniki na 8 dużych rogali:

-2,5-3 szklanki mąki
-3/4 szklanki mleka
-1/4 szklanki wody
-2-3dag świeżych drożdży
-jajko
-2 łyżki roztopionego masła
-2 łyżeczki cukru
-płaska, niepełna łyżeczka soli
-jajko do posmarowania i mak do obsypania 




Do letniego mleka i wody dodajemy drożdże i cukier, mieszamy i zostawiamy na kilka minut. Do dużego garnka przesiewamy mąkę, dodajemy jajko, sól i drożdże z mlekiem, a na koniec masło. Wyrabiamy miękkie, w miarę elastyczne ciasto. W razie potrzeby dosypujemy mąkę albo dolewamy mleko. Zostawiamy pod przykryciem na 1,5 godziny. Wyrabiamy z ciasta kulę i rozwałkowujemy ją na okrąg (30-35 cm średnicy), i przecinamy go na 8 trójkątów. Trójkąty zawijamy (od podstawy w kierunku wierzchołka), układamy na blasze w sporych odstępach i zostawiamy na 30-40 minut. Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni, rogale smarujemy rozbełtanym jajkiem i obsypujemy makiem. Pieczemy ok 25 minut, aż będą ładnie przyrumienione. 



***

Mój weekend w zasadzie nie istniał, a w każdym bądź razie za dużo go nie miałam okazji doświadczyć.
Planowałam odpocząć w sobotę, zaczęłam od porannej zumby na poprawę humoru i oderwanie się od spraw minionego tygodnia. Potem pojechałam do dziadków, zająć się przez chwilę Małą K., w dobrym humorze wróciłam do domu. I się zaczęło.
Wróciła sprawa "naszego" plagiatu. Po ustaleniu, że każda z podsekcji robiła samodzielnie swoją część i mamy na dowód materiały, zostałam wytypowana do napisania maila do prowadzącego o co właściwie chodzi. Okazało się, że nasze sprawozdanie jest identyczne, jak pewnej innej sekcji. Kolegom z innej grupy nie chciało się robić własnego, więc postanowili "wzorować" się na sprawku z poprzednich lat, a że na naszym forum jest wiele materiałów to ściągnęli jedno. Pech chciał, że nasze sprawozdanie zawierało kilka dat zapisanych w kolejności RR/MM/DD, oni przyjęli, że jest odwrotnie i że sprawko jest z przed kilku lat. Zmienili tylko daty (w zły sposób) i wysłali je prowadzącemu. Po awanturze i bluzgach ze strony mojej i kolegi, oraz oskarżeniach, że nasze sprawozdanie też nie jest oryginalne! postanowili się przyznać. Mail poszedł do prowadzącego wczoraj rano, ale dla mnie sobotni wieczór był stracony - kilka godzin nerwów, ustalania o co chodzi, zastanawiania się czy na pewno się przyznają. I nadal nie wiemy jak sprawa się wyjaśni.
W niedzielę od samego rana porządki w mieszkaniu, bo kiedyś przecież trzeba (a w sobotę nie zdążyłam, bo byłam zbyt roztrzęsiona sprawami uczelnianymi), obiad u rodziców, a po powrocie wpadłam w dziurę czaso-przestrzeni. Napisałam wypracowanie z algorytmów, o algorytmach sortowania. Piękne 11 stron, i kilka godzin wyciętych z życia. 


Dzisiaj szykuje się nauka na jutrzejsze kolokwium, II termin. Liczę, że tym razem będą normalne zadania albo gość da podobne do tych co ostatnio, bo są opracowane rozwiązania. Jeśli nie, to dalej cały rok ma problem.
Oby ten tydzień był lepszy niż poprzedni, trzymajcie kciuki jutro o 14.30!

sobota, 28 stycznia 2012

zaśnieżone góry, czyli karpatka

Moja rodzina czasem łapie się za głowę. Znowu ciasto? pytają, babcia prosi "Kasik, wyjdź z tej kuchni, jeszcze się nagotujesz", ale w końcu i tak wszyscy ze smakiem zajadają moje wypieki. W pewnym momencie postanowiłam sobie - jeden wypiek czy słodki deser w tygodniu, najlepiej na weekend. Są tygodnie, kiedy udaje mi się to zrealizować, jednak w czasie sesji wszystko jest ciekawsze niż nauka. W czwartek uporałam się z górą brudnych naczyń, żeby tylko oderwać się od notatek. Jednak nie ma nic przyjemniejszego na sesyjne nerwy niż zabawa z ciastem parzonym, miksowanie masy budyniowej, obserwowanie kształtów jakie przybiera ciasto i zwieńczenie przygotowań, czyli oprószenie ciasta cukrem pudrem. Dobra znajoma napoleonki, karpatka. Nazwę zawdzięcza kształtom jakie przybiera ciasto podczas pieczenia i jest przepyszna, a najtrudniejsze w jej wykonaniu jest nałożenie ciasta na blachę, bo się ciągnie ;)


Składniki na blachę 24x30cm:
-szklanka wody
-12-13 dag masła (ok 2/3 standardowej kostki 200g, albo połowa kostki 250g)
-szklanka mąki pszennej
-5 jajek
-łyżeczka proszku do pieczenia





Masło rozpuszczamy z wodą w garnku i doprowadzamy do wrzenia. Następnie dodajemy mąkę i mieszamy chwilę, aż powstanie gęsta masa. Zostawiamy do wystudzenia. Wbijamy jajka, dodajemy proszek do pieczenia i wszystko miksujemy na gładką masę. Ciasto dzielimy na dwie części. 

Blachę smarujemy tłuszczem i wysypujemy bułką tartą, a następnie rozprowadzamy jedną część ciasta. Warstwa musi być cienka, a samo rozprowadzanie to niezła zabawa ;) Pieczemy w 200 stopniach przez pół godziny. Tak samo pieczemy drugą część.




Masa budyniowa:
-2 opakowania budyniu
-niecały litr mleka
-1.5 kostki masła
-szklanka cukru pudru


Krem można zrobić z przepisu z napoleonki, ale żeby urozmaicić jest też taki :) Robimy budyń według instrukcji na opakowaniu, zazwyczaj daje się 500ml mleka na opakowanie, do kremu postanowiłam dać trochę mniej (420-450ml na opakowanie). Miękkie masło ubijamy z cukrem na puszysty krem, a następnie łączymy z przestudzonym budyniem. Chłodzimy i nakładamy na jeden blat ciasta, na górę kładziemy drugi. Przed podaniem oprószamy cukrem pudrem. Smacznego!



***
Jeśli chodzi o kolokwium piątkowe to część zadaniowa poszła mi chyba dobrze, zrobiłam wszystkie zadania, ale to kolokwium z serii "każdy temat trzeba zaliczyć", więc w zasadzie wszystkie zadania muszę mieć dobrze zrobione. Część teoretyczna gorzej, na szczęście coś wiedziałam i może jakimś trafem dostanę zaliczenie. Ewentualna poprawa pod koniec sesji albo na początku kolejnego semestru, więc na razie się nie przejmuję tym przedmiotem ;)
Gorzej z innym - z tym, z którego było takie trudne kolokwium (przy obniżonym progu zaliczenia zdało jakieś 8-12 osób, czyli ok 8% roku). Po prawie 3 miesiącach prowadzący raczył sprawdzić nasze sprawozdanie i posądził nas o plagiat! Paranoja! Sama je składałam z materiałów przesłanych zaraz po laborkach od innych ludzi! W tym tygodniu mój wydział zaliczył naprawdę wielkiego faila na każdej linii.
Dodatkowo czwartkowy wieczór spędziliśmy z L. na wieszaniu suszarki sufitowej na pranie w łazience. Nie wiem czy producent kiedyś próbował ją sam składać, ale nam to zajęło sporo czasu z powodu za małych dziurek w stosunku do grubości sznurków. Ubrudziliśmy przy okazji pół mieszkania. I stwierdziliśmy, że to idealny pomysł na romantyczny wieczór we dwoje ;)


Ale żeby nie było, że ja ostatnio tylko narzekam, to trochę się pochwalę - poprawiaczami humoru :) Wczoraj po kolokwium postanowiłam podskoczyć do Reserved po wypatrzone rękawiczki, w efekcie wyszłam z dwoma parami rękawiczek, nausznikami i ciepłym, zimowym swetrem, bo obecnie ceny są naprawdę zachęcające. A na zewnątrz sklepu czekał na mnie L., z piękną czerwoną różą :D

zimowe łowy razem z poniedziałkową czapką,
a sweter jest granatowy i dość długi


Na 11 idę na zumbę, a potem odwiedzę dziadków, bo okazało się, że wujkowie przywieźli Małą K. do Gliwic i z chęcią się nią zajmę :)

czwartek, 26 stycznia 2012

słodka chatka

Co zrobić kiedy ma się niewiele czasu na przerwę, a nie można już patrzeć na notatki? Coś na odstresowanie i zajęcie myśli? A do tego poprawiającego humor...
Wystarczyły szybkie zakupy, odgrzebanie starego przepisu i została zbudowana. Chatka. Przez niektórych nazywana Chatka Puchatka, przez innych Chatką Baby Jagi. Bardzo prosta, bardzo szybka i bardzo smaczna. Bez pieczenia. Idealna na domowy deser w trakcie sesji.



Składniki na 5-6 porcji:
-500g twarogu na sernik
-30/36 herbatników
-pół kostki masła
-10 dag cukru pudru
-2 żółtka
-2 łyżeczki cukru wanilinowego
-3-4 łyżeczki kakao




Masło ucieramy z cukrem, dodajemy żółtka, cukier wanilinowy i twaróg. Wszystko miksujemy na gładką masę. Dzielimy ją na dwie części, do jednej z nich dosypujemy kakao i mieszamy.




Na foli aluminiowej układamy herbatniki: po trzy obok siebie, stykając dłuższymi bokami i tak 5/6 rzędów. Rozsmarowujemy kakaową masę, a na górę kładziemy drugą warstwę herbatników. Na środkowy pas nakładamy białą masę, a następnie podnosimy dwa boczne rzędy, tak żeby uformować chatkę. Można oblać polewą czekoladową, chociaż u nas była wersja bez (bo zapomniałam kupić czekoladę) :)




***

Relacji sesyjnej ciąg dalszy - za nieobecność prowadzącego na wtorkowym egzaminie zostało zaproponowane darmowe trzy. Jednak wraz z kilkoma innymi osobami, które miały lepsze wyniki z kolokwiów zamierzamy negocjować przepisanie ocen z kolokwium. Jeśli jednak nie będzie zgody - biorę darmowe trzy i pragnę zapomnieć o tym egzaminie.
Z elektroniki zdałam teorię, do zaliczenia zadań brakowało niewiele, okazało się, że w obu zadaniach rozwiązałam coś dobrze, niestety były surowo oceniane i to "coś" nie wystarczyło na zaliczenie. Widzę się z zadaniami jeszcze raz w przyszły piątek.
Wczoraj było kolokwium, bardzo wesołe. Zacznę od tego, że prowadzący jest prowadzącym po raz pierwszy, przerobił 2 razy więcej materiału niż poprzedni, więc nikt nie wiedział czego można się spodziewać na kolokwium. Tzn. niby podał nam dwa zadania, które będą, ale w końcu żadnego z nich nie było. Nigdy się dotąd nie spotkałam z sytuacją, że w ciągu pierwszych 10-15 minut wyszła blisko połowa sali oddając prawie puste kartki, a w ciągu kolejnych 15 minut wyszła kolejna spora partia ludzi (tj. tych, którzy mieli inwencję twórczą, żeby narysować pandę albo rydza na kartce). Jeżeli próg zaliczenia nie będzie śmiesznie niski, to 90% roku widzi się we wtorek, na drugim terminie. A jutro kolejne kolokwium...Trzymajcie kciuki o 13.00!


I nie pochwaliłam się, ale w końcu kupiliśmy pralkę :) Mieści się na styk w naszej łazience, ale najważniejsze, że jest. 

wtorek, 24 stycznia 2012

serowa zapiekanka na bakłażanach i sesja, sesja...

Ostatnio dochodzę do wniosku, że chyba powinnam stworzyć specjalną etykietę dla przepisów z bakłażanami ;) Stał się jednym z moich ulubionych kulinarnych składników. I myślę, że bardzo dobrze. Oprócz swoich walorów smakowych, bakłażany są bardzo zdrowe - to  źródło błonnika, witaminy C, A i B2 oraz pierwiastków takich, jak: wapń, żelazo, fosfor i potas. Nadaje się do wielu potraw, u mnie średnio ląduje na talerzu raz na tydzień/dwa. Dzisiaj, w biegu od egzaminu do kolokwium, prezentuję zaległy przepis na zapiekankę serową na bakłażanach.


Składniki dla dwóch osób:
-mały bakłażan
-papryka
-pół puszki kukurydzy
-kilka plasterków szynki
-2 jajka
-5-6 trójkącików serka topionego
-4 łyżki jogurtu naturalnego
-trochę startego żółtego sera
-przyprawy

Bakłażana kroimy na plasterki, które solimy i odstawiamy na pół godziny. Kładziemy na dnie żaroodpornego naczynia i wstawiamy na 5-10 minut to piekarnika rozgrzanego do 200 stopni. W tym czasie przygotowujemy nadzienie serowe - miksujemy serki z jogurtem, jajkami i przyprawami. Kroimy szynkę i mieszamy z masą serową. Wyciągamy naczynie z bakłażanami, zalewamy masą serową, na górę wrzucamy pokrojoną paprykę i kukurydzę. Wstawiamy do piekarnika na 20 minut, tuż przed końcem obsypujemy wierzch serem żółtym.

***
Dwa dni sesji za mną. Wczoraj egzamin z elektroniki, gdzie część zadaniowa okazała się być wesołą twórczością większości studentów. A do tego metoda na naukę teorii zawiodła i to z mojej winy! Otóż, było zestawienie pytań z ostatnich lat, na podstawie którego wnioskowaliśmy, że nie trzeba się uczyć 45 pytań, wystarczy ok 8, żeby bez problemów zaliczyć (bo pewne dwa zagadnienia pojawiały się zawsze, a kilka też było dość częstych). Ale chwilę przed egzaminem zażyczyłam sobie rzadkich, aczkolwiek prostych pytań - prostowniki, sprzężenie zwrotne i układ całkujący, a pozostałe dwa pytania to obojętne (trzeba zaliczyć 3 pytania z 5, żeby zdać teorię). I cóż, spełniły się moje trzy życzenia, rujnując całkowicie przewidywania statystyczne ;) Wyniki jutro, może jakimś cudem zaliczę.
Dzisiaj miał być drugi egzamin. Tak, MIAŁ BYĆ. Bo się nie odbył. Osoba prowadząca, z tytułem profesora, zapomniała, że dzisiaj jest egzamin. Nie żeby były rozpiski, nie żeby notowała, nie żebym potwierdzała to trzy razy. Egzamin jest za tydzień, a my będziemy się starać zrobić tak, żeby nie musieć go pisać :pp

W ramach przerwy od nauki skoczyłam do centrum handlowego, gdzie znalazłam fajną czapkę. Zrobię ciacho, obiad i znów będę siadać do notatek, bo mam w tym tygodniu jeszcze dwa kolokwia i nie wiem kompletnie czego się na nie uczyć...


piosenkę poznałam na zumbie, ostatnio usłyszałam w radiu, a od dwóch dni
katują nią L., bo dobrze mi się przy niej uczy :)

niedziela, 22 stycznia 2012

nie-kulinarnie

Dzisiaj bawimy się w grę, serialową :) Zostałam zaproszona do niej przez Dziewczynę bez matury, z komentarzem: "bo u niej również chciałabym znaleźć jakieś kulinarne seriale." Co do tej części kulinarnej to zaraz zobaczymy co da się zrobić.

ZASADY:
1. Opublikuj u siebie na blogu logo taga.
2. Napisz, kto Cię otagował.
3. Otaguj 5 innych bloggerów
4. Wymień i opisz kilka swoich ulubionych serial


1. Grey's Anatomy, czyli Chirurdzy

Zdecydowanie mój ulubiony serial. Pamiętam, że po raz pierwszy obejrzałam odcinek na Polsacie i z miejsca się zakochałam. Oczywiście musiałam sporo nadrobić, bo w Stanach zaczynał się wtedy piąty sezon. Nadgoniłam i teraz z niecierpliwością czekam na każdy kolejny odcinek. 


Akcja toczy się w szpitalu w Seattle, główną bohaterką serialu jest Meredith Grey, na początku stażystka, córka wybitnej pani chirurg, a wraz z nią czwórka znajomych ze stażu oraz światowej sławy chirurdzy. Serial uwielbiam za medyczną adrenalinę, za muzykę, a także za zaskakujące losy bohaterów. No i za postać Cristiny Yang. Obecnie leci ósmy sezon, a ja dalej oglądam odcinki w napięciu ;)
Jeśli chodzi o stronę kulinarną tej produkcji, to przede wszystkim kojarzy mi się szpitalny bufet (gdzie większość lekarzy zjada szybki i niezdrowy posiłek), stoisko z kawą i ciastkami w holu, zdrowa owsianka z muesli na śniadanie Dereka, babeczki na depresję Izzie, pizza na kolację o 5 nad ranem, hektolitry kawy i tequilli. I chyba jedno Święto Dziękczynienia, przygotowane przez Derek i Izzie, bo oprócz nich to chyba nikt nie potrafi w tym serialu gotować ;)

2. Prywatna Praktyka

Spin-off z 'Grey's anatomy', którego główną bohaterką jest Addison, światowej sławy chirurg neonatologii i była żona Dereka z Chirurgów. Burzliwa historia i obecność Addison w Seattle przez 2 i 3 sezon, kończy się tym, że wyjeżdża do przyjaciół ze studiów prowadzących prywatną praktykę w Los Angeles i tam też dzieje się akcja serialu. 


Serial przyjemny, ale w porównaniu do Chirurgów wypada średnio. Jednak oba lecą zaraz po sobie, więc urządzam sobie taki mały maraton w weekendy ;)
Tutaj rządzi kawa i czekoladki, którymi zajada się stres. 

3. Californication

Papierosy, whiskey, trawa i czasem kilka "kresek". Serial zaczyna się sceną seksu oralnego. Łatwo się domyślić o co tutaj chodzi ;)


Hank Moody, grany przez Duchovny'ego, jest pisarzem, który z Nowego Jorku przenosi się do Los Angeles. Po utracie uczucia miłości swojego życia, Karen, zaczyna się staczać - za dużo pije, uprawia przygodny seks, prowadzi życie z pogranicza nihilizmu i hedonizmu. Serial o trudnych relacjach damsko-męskich, a także o wychowywaniu dorastającej nastolatki. 
Zaczęłam oglądać w liceum i tak mi już zostało. Aspekty kulinarne są żadne, bo kolacje zawsze kończą się awanturami (i dużą ilością alkoholu).

4. Seks w wielkim mieście

Kultowy już serial, toczący się w Nowym Jorku. Obejrzałam cały, obejrzałam oba filmy i cieszę się z happy endu. 


Cztery przyjaciółki, cztery singielki szukające miłości i szczęścia w wielkim mieście. Do tego świat mody, nocnych imprez i jedzenia w knajpach zapijanego dużą ilością drinków. Znów, nikt tu nie gotuje ;)

5. Gossip Girl, czyli Plotkara

Miałam za dużo czasu w wakacje, przyuważyłam jeden odcinek na TVN. Z początku podchodziłam sceptycznie do tego serialu, bo to przecież banda rozpuszczonych, bogatych dzieciaków z Nowego Jorku, którym w głowie się poprzewracało. Jednak wciągnęło mnie, a w zasadzie...



Kulinarnie serial jest całkiem "bogaty". Na śniadania jada się głównie gofry, naleśniki i croissanty z owocami. Czas na gotowanie ma gosposia z Polski oraz średnio zamożny ojciec z Brooklynu (który podobno robi wyśmienite spaghetti). Jest tradycyjny obiad w święto dziękczynienia, ale także mniej tradycyjna wersja - bar z frytkami. W apartamentach zawsze stoi ozdobny stojak z jedzeniem, są także przyjęcia. Są i wielbiciele pierogów w barze "Viselka", a także bajgli.

6. Gilmore girls, czyli Kochane kłopoty

Mój ukochany serial, kiedy byłam trochę młodsza. Niepokorna, szesnastoletnia córka bogatych rodziców zachodzi w ciąże mają 16 lat. Ucieka z domu do małego miasteczka, gdzie z czasem staje się właścicielką hotelu i matką dla swojej córki o takim samym imieniu. 


Bohaterki poznajemy kiedy młodsza Lorelai, zwana Rory, ma już lat naście. Serial pełen przygód dorastającej nastolatki, matki "wariatki", bogatych i dobrze ułożonych dziadków oraz ich przyjaciół i specyficznej małomiasteczkowej społeczności. 
I tutaj o kuchni jest całkiem sporo - przede wszystkim jest kuchnia hotelowa, prowadzona przez najlepszą przyjaciółkę Lorelai. Jest także coś w rodzaju baru mlecznego w miasteczku, który prowadzi jeden z bohaterów, wyglądający jak kierowca tira, ale chodzi i dolewa wszystkim kawę. Są także wystawne kolacje z dziadkami. 

Gratuluję tym, którzy dobrnęli do końca ;)
I dodam, że mam straszny problem kogo dalej otagować, więc otagujcie się sami, jeśli chcecie się też w to z nami bawić.

Na koniec mogę polecić Dziewczynie bez matury polski serial kulinarny, o którym pewnie niejedna blogerka napisze ;) "Przepis na życie" :)

piątek, 20 stycznia 2012

muzyczny apfelstrudel

Jeszcze 3 tygodnie, w czasie których muszę zacząć więcej ćwiczyć (szczególnie mięśnie nóg) i jedziemy z L. na narty :) W chwili obecnej planujemy jechać za granicę, w związku z tym postanowiłam sobie trochę poprzypominać cały wysiłek, który włożyłam w naukę niemieckiego w szkole (bo przecież, język wroga trzeba znać). Z tego mojego całego przypominania zawędrowałam do kuchni, gdzie postanowiłam sobie przypomnieć smak pewnej potrawy, podawanej w naszym gliwickim Hemingwayu - strudla z jabłkami. Myślę, że deser w klimacie moich zamierzeń, w końcu wywodzący się z kuchni austriackiej. Cienkie, nie-słodkie ciasto, środek pełen jabłek z cynamonem. Niebo w gębie, a w zasadzie na talerzu. Apfelstrudel bez rodzynek ;)


Składniki:
-250g mąki
-100 ml ciepłej wody
-jajko
-1/2 łyżeczki octu 6%
-szczypta soli
-2 łyżki oleju
-5 dużych jabłek
-cynamon
-2-3 łyżki cukru
-ewentualnie rodzynki
-pół szklanki bułki tartej
-10 dag masła
-płócienny albo bawełniany materiał (stary obrus? duuuża ścierka?)
-cukier puder do posypania
-bita śmietana do podania



Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni.

Mąkę łączymy z wodą, solą, olejem, octem i jajkiem. Zagniatamy na elastyczne, gładkie ciasto. W razie potrzeby dodajemy trochę wody albo mąki. Zagniatamy kulę, smarujemy olejem i zostawiamy pod przykryciem na pół godziny.
Jabłka obieramy i kroimy na plasterki, a bułkę tartą podsmażamy na połowie masła.
Materiał rozwijamy, oprószamy solidnie mąką i rozwałkowujemy ciasto w kształt prostokąta, najcieniej jak się da. Następnie staramy się delikatnie ciasto ponaciągać, żeby było półprzezroczyste. Odkrawamy grubsze boki, obsypujemy 1/3 ciasta połową bułki tartej, nakładamy na ten obszar jabłka, a następnie przyprawiamy obficie cynamonem, cukrem do smaku i rodzynkami, jeśli chcecie (my z L. nie lubimy rodzynek, więc ich nie dałam). Na górę sypiemy pozostałą bułkę tartą.


Teraz zawijamy jak roladę, przy pomocy materiału, na którym leży ciasto. Przekładamy ostrożnie na blachę obficie polaną olejem, i smarujemy ciasto z wierzchu pozostałym, roztopionym masłem. Pieczemy w rozgrzanym piekarniku z termoobiegiem ok 35 minut, aż się wierzch ładnie zarumieni. Po upieczeniu warto wyjąć dość szybko ciasto z blachy i położyć na papierze do pieczenia, żeby część tłuszczu odsączyć. Posypujemy cukrem pudrem i podajemy na ciepło, w towarzystwie bitej śmietany i lodów waniliowych.




                           

***
Wczoraj wieczorem wybraliśmy się z L. do naszego Teatru Muzycznego, który mamy po drugiej stronie ulicy :) Byliśmy na widowisku muzyczno-taneczmy "The Beatles & Queen". Widowisko złożone z dwóch części, w których tancerze prezentowali historię "bitelsów" i Fredy'ego w rytm największych przebojów. Momentami trochę się nudziliśmy - wolne kawałki, dwoje tancerzy. Jednak przy największych hitach zabawa była super, a tancerze chyba lepiej się bawili niż widownia ;)


A dzisiaj uczelnia do południa, a potem wracam do domu i trzeba się uczyć.
Pamiętacie, że jutro i pojutrze mamy dni dziadka i babci?

środa, 18 stycznia 2012

chaczapuri adżarskie i adżapsandali, czyli kuchnia gruzińska

Pomimo tego, że w liceum byłam w klasie mat-inf-fiz to moją ulubioną nauczycielką była polonistka, z którą lekcje miałam od gimnazjum. Niesamowita osoba, pełna pasji i pomysłów, myślę, że miała spory wpływ na to, jaką osobą jestem teraz. Pamiętam, że całe gimnazjum z ekscytacją czekaliśmy, żeby znaleźć się w liceum i móc jeździć na sobotnie wyjazdy do Krakowa i Teatru Starego. W liceum zaliczyłam ich sporą ilość, byłam na wielu świetnych przedstawieniach, ale tak też zaczęłam poznawać Kraków. Jedną z pierwszych restauracji, którą miałam okazję odwiedzić było Chaczapuri, gdzie podaje się "gruzińskie" jedzenie. Z czasem zaczęłam czytać o kuchni gruzińskiej i mogę stwierdzić, że ta restauracja co najwyżej mogła się wzorować na Gruzji. Jednak naszedł mnie pomysł, żeby spróbować sięgnąć do tej kuchni, a ktoś przy okazji jednego z wpisów podsunął mi tę samą myśl. I dzisiaj prezentuję chaczapuri adżarskie z adżapsandali, też nie jest do końca takie jak powinno być oryginalne, ale bardzo smaczne ;)

Chaczapuri to zapiekany placek z serem. Występuje w kilku różniących się od siebie wariantach, m.in.
chaczapuri adżaruli - chaczapuri adżarskie, z serem i jajkiem, chaczapuri imeruli - chaczapuri imeretyńskie, w formie okrągłego placka z zapieczonym w cieście nadzieniem serowym lub z pastą z czerwonej fasoli. 

Adżapsandali to potrawka z warzyw - bakłażanów, papryk i pomidorów przede wszystkim. 

Niestety, jestem z siebie bardzo dumna, bo udało mi się skasować moje zdjęcia z aparatu przed zgraniem ich na komputer, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że moje chaczapuri wyglądało tak, jak to na zdjęciu z internetu:



Składniki na 2-3 porcje:
-szklanka kefiru/maślanki
-2 szklanki mąki 
-1-2 dag drożdży świeżych
-trochę oleju i soli
-2-3 jajka
-100g fety
-200g mozzarelli 
-2-3 łyżki masła
-bakłażan
-dwie papryki czerwone
-2 pomidory
-mała cebula
-sól, pieprz, przyprawy (czosnek, bazylia, estragon, papryka słodka)


Bakłażana kroimy w kostkę i wrzucamy do garnka, dolewamy pół szklanki wody i dusimy. Następnie kroimy paprykę i cebulę, dorzucamy do garnka. Dusimy ok. 30 minut, następnie dodajemy pokrojone pomidory i dusimy kolejne 10 minut. Na koniec przyprawiamy do smaku.

Mąkę mieszamy z drożdżami i solą, dolewamy kefir, zagniatamy i ewentualnie korygujemy ilość mąki/kefiru, żeby ciasto było dość elastyczne, ale odchodziło od naszych rąk. Dolewamy trochę oleju i zagniatamy. Odstawiamy na pół godziny. W tym czasie robimy mieszankę serową - oryginalnie używany jest gruziński ser, ale nie wiem czy można go dostać gdzieś w Polsce, więc wymieszałam ser sałatkowy typu feta (może być też bałkański z Lidla) z mozzarellą albo może być ser typu bundz.
Ciasto dzielimy na trzy części, z każdej formujemy najpierw płaski placuszek, a następnie "łódeczkę", na dno nakładamy mieszankę serów i pieczemy 15 minut w piekarniku rozgrzanym do ok. 230 stopni. Tuż pod koniec pieczenia rozbijamy jajko i wylewamy je na ser i pieczemy jeszcze 2-3 minutki (białko powinno się w większości ściąć, ale żółtko ma pozostać płynne). Wyciągamy, na jajko kładziemy łyżkę masła i podajemy razem z duszonymi warzywami. Jemy odrywając kawałki pieczywa i maczając w jajku.

***
Jestem ciemna, na razie prawie czarna :) Byłam u fryzjera, i nawet przez chwilę zaświtało mi - a może znów rudy? Ale jednak na razie jest ciemny (bardzo ciemny) blond.
Zakończyłam też 3 semestry w-f na uczelni, czyli 3 semestru judo. Będzie mi się tęsknić na tarzaniem po materacach, ale za to mogę teraz próbować coś innego. Może w końcu capoeira?
Na uczelni na razie wszystko idzie "na plus" - zaliczyłam kolokwium ze statystyki i mam zwolnienie z matematyki dyskretnej z piąteczką :) Przyszły tydzień będzie dość ciężki, bo są dwa egzaminy i dwa kolokwia (z czego kolokwia są gorsze od egzaminów :pp), więc trzymajcie kciuki i nie martwcie się, gdybym się długo nie odzywała.

Ostatnio było o książce, więc dzisiaj o filmie. Miałam okazję (nagłą i niespodziewaną) wybrać się do kina na Sherlocka Holmsa  i film bardzo mi się spodobał. Reżyserował go, podobnie jak I część, Guy Ritchie, jeden z moich ulubionych reżyserów. Do tego Robert Downey Jr. w roli głównej, grający nieco nieprzytomnego i zaniedbanego detektywa i Jude Law w roli jego towarzysza, Watsona.


Wydaje mi się, że ta część była lepsza niż pierwsza. Pół filmu się śmialiśmy - dialogi, sytuacje, postacie, były naprawdę rozbrajające. A drugie pół siedziałam w napięciu i zastanawiałam się kto wygra - Sherlock czy może genialny matematyk? Do tego świetnie dobrana muzyka, bardzo ciekawie przeprowadzone sceny walki i niesamowite zakończenie, którego chyba nikt się nie spodziewał. Polecam :)

jedna z lepszych scen w filmie ;)

wtorek, 17 stycznia 2012

Akcja "owocowe ciasta zimowe" oraz ciacho czeko z bananami

Od pewnego czasu istnieję na portalu kulinarnym - durszlak.pl. Pełnym inspiracji, pomysłów, nowych wpisów kulinarnych, czyli nie muszę biegać i szukać po internecie pomysłów, jeśli mi ich brakuje, bo same się znajdą. Odbywają się też akcje polegające na gotowaniu/pieczeniu na dany temat. Dzisiaj rozpoczyna się pierwsza mojego "autorstwa" - owocowe ciasta zimowe! 

Za oknem szaro, mało słońca, do tego pogoda nieprzewidywalna. Wszystkim brakuje energii i uśmiechu, w kuchni także.
Dlatego w tej akcji postarajmy się wrzucić trochę lata i ciepła do naszej zimowej kuchni - ciasta z owocami w zimie? Tak, ze świeżymi bądź tymi z puszki. Sernik, ciasto czekoladowe, a może ciasteczka z ciasta francuskiego?
Co tylko podpowie Wam wyobraźnia i smak :)


Akcja trwa od 17 stycznia aż do wiosny, czyli 21 marca.


Kod należy skopiować i wstawić na swoją stronę.
Owocowe ciasta zimowe


Z tej okazji jest i przepis - ciasto czekoladowe z bananami.

Chyba wszyscy kojarzymy Nigellę Lawson - wyrocznię w wielu kwestiach kulinarnych. Jednym z najbardziej popularnych przepisów jej autorstwa są babeczki czekoladowo-bananowe. Ja jednak postanowiłam trochę zmienić koncepcję i zrobić ciasto-keks czekoladowy z bananami z przepisu White Plate. Wilgotne, czekoladowe z drobnymi kawałkami owoców, to tu, to tam.



Składniki na keksówkę 26cm:
-100g gorzkiej czekolady
-150g miękkiego masła
-130g cukru
-3 jajka
-175g mąki pszennej
-1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
-3 łyżki kakao
-2 duże banany



Czekoladę roztapiamy, masło ucieramy z cukrem na gładką masę. Dodajemy po jednym jajku stale ubijając. Przesiewamy mąkę, kakao i proszek do pieczenia do masy i mieszamy delikatnie. Na koniec dodać czekoladę oraz rozgniecione banany i wymieszać dokładnie.

Pieczemy przez ok 50 minut w 180 stopniach.



Udanego pieczenia!

***

I kilka słów o "Grze o tron".


W Zachodnich Krainach o ośmiu tysiącach lat zapisanej historii widmo wojen i katastrofy nieustannie wisi nad ludźmi. Zbliża się zima, lodowate wichry wieją z północy, gdzie schroniły się wyparte przez ludzi pradawne rasy i starzy bogowie.
Zbuntowani władcy na szczęście pokonali szalonego Smoczego Króla, Aerysa Targaryena, zasiadającego na Żelaznym Tronie Zachodnich Krain, lecz obalony władca pozostawił po sobie potomstwo, równie szalone jak on sam...
Tron objął Robert - najznamienitszy z buntowników. Minęły już lata pokoju i oto możnowładcy zaczynają grę o tron.

Wznowienie. George R.R Martin jest jednym z najbardziej cenionych pisarzy fantastyki. Pisze wolno i raczej niewiele, aczkolwiek każda jego książka spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem czytelników i krytyki.






Pierwsza część cyklu "Pieśń lodu i ognia", obecnie cykl liczy 6 książek. Moje wydanie ma, uwaga, prawie 840 stron. Jednak ta liczba nie powinna nikogo zniechęcać, szczególnie jeśli jest się fanem fantastyki. 

Świat przedstawiony w książce można porównać do średniowiecza - dwór królewski, rycerze, turnieje, uczty i chęć władzy. Zaczynamy czytać i znajdujemy się w Siedmiu Królestwach, krainie, która była rządzona przez ród Smoków, jednak król został obalony, potomkowie zabici lub wygnani, a na tronie zasiadł jeden z ważniejszych buntowników, nazywany też Uzurpatorem. Szczerze mówiąc, to ciężko określić kto tak naprawdę jest głównym bohaterem tej książki, bo tych postaci jest kilka - większość rodziny Starków, czyli rodzina Namiestnika i przyjaciela króla z Północy, królowa i jej bracia, a może wygnania Smocza księżniczka? Jedno jest pewne, od samego początku do pewnych bohaterów czujemy sympatię, a do innych nie. Giną dwie ważne postacie, jedna z głównego planu, druga bardziej poboczna, jest to dość drastyczne i odważne rozwiązanie, jednak bieg wydarzeń pozwala nam nie odczuwać tej straty aż tak bardzo.
Autor zastosował bardzo ciekawy zabieg, dzieląc książkę na małe rozdziały i opisując całą historię z perspektywy różnych bohaterów. Dzięki temu możemy zobaczyć pełny obraz, bo niektóre wydarzenia nie są tylko czarne albo tylko białe. Bo w świecie pełnym zdrad, spisków, a także miłości zdolnej do wszystkiego nie można nikomu ufać i często pozory mogą być mylące.
Do tego bogactwo szczegółów, poczynając od bohaterów, ich rodów i koligacji, przez historie, które ich dotyczyły i dotyczą do opisów uczt czy zbroi rycerzy. Jednak wszystkie te szczegóły wydają się być pasjonujące i świetnie pasują do całości książki, nie przeszkadzając w budowaniu napięcia.


Historia zaczyna się w momencie, kiedy króluje Robert - Uzurpator, umiera poprzedni Namiestnik, a król postanawia pojechać na północ kraju do swojego przyjaciela Eddarda Starka i jego mianować nowym Namiestnikiem. Co nie do końca odpowiada Nedowi i jego rodzinie. Już w trakcie pobytu króla i dworu w Winterfell, posiadłości Starków, odkrywane są pierwsze, mroczne tajemnice. Jedna z nich jest okupiona upadkiem 8-letniego syna Neda z wysokiej wieży i zapadnięciem w śpiączkę. Ned jedzie ze swoimi córkami na dwór, w posiadłości zostaje jego żona z trzema synami, a bękart, o którego historii niewiele wiadomo i Ned nie chce opowiadać postanawia wstąpić do Nocnej Straży, stowarzyszenia broniącego Muru otaczającego północne tereny Siedmiu Królestw. 
Dobra wiadomość dla nie-fanów fantastyki - jest jej stosunkowo niewiele. Owszem, jest kilka wątków o dzikich i nieznanych bestiach, które miały wyginąć tysiące lat temu, ale nagle pojawiają się przy Murze. Są także wilkory - stworzenia większe od wilków, widniejące w herbie Starków, które na początku książki zostają znalezione przez Neda i jego synów - jest ich akurat pięć szaro-czarnych dla prawowitych Starków i jeden albinos dla Jona, bękarta. Pojawiają się też wątki ze smokami, jednak głównie widzimy rys historyczny, "czujemy" średniowiecze.


Książkę czyta się z zapartym tchem, nerwowo oczekując co dalej. Skończyłam I tom, i teraz muszę uzbierać pieniądze na kolejne. 


A tym, którzy na lekturę nie mają czasu albo ochoty mogę polecić serial - I sezon jest na podstawie "Gry o tron", II będzie na podstawie kolejnego tomu. Jednak zaznaczam, moim zdaniem książka jest lepsza. 

niedziela, 15 stycznia 2012

starcie polskie, czyli kremówka czy napoleonka?

Klamry. Kilk, klik, klik...Maska. Odgarnąć włosy, a na głowę kask. Cyk, po brodą. Gogle. Dwie pary rękawiczek, bo dziko wieje. Jadę pod górę, obserwując tę niesamowitą aurę. Metr śniegu obok mnie, przysypane choinki aż czubki im się wyginają w dół. I padający puch z nieba. Jednocześnie z Rodzicielką wypowiadamy: "Bajka!".
Potem to już tylko spojrzenie w dół, rozpęd, uginam kolana i lecę. Czasem tuż przy ziemi, skacząc przez muldy, wymijam wszystkich, na dół dojeżdżam z palącym ciepłem w nogach, na granicy bólu. Hamuję i wzbijam tuman śniegu. Ale jak ja to uwielbiam! A moja czarna trasa w Szczyrku jak zawsze niezastąpiona, prawie wcale nieprzygotowana, dzięki czemu jeszcze bardziej wymagająca.

Popołudnie w ramionach L., skończyłam "Grę o tron" i zabrałam się za weekendowe ciasto, bo nie chciało mi się w piątek. Ostatnio postanowiłam zająć się za pewne tradycyjne, wszystkim znane smaki. Najpierw była karpatka dla L. na urodziny w pracy (nie udało mi się zdjęć pstryknąć, więc wpis poczeka na kolejny raz), a ostatnio naszło mnie na bardzo podobne ciasto - napoleonkę, zwaną także kremówką. I tutaj pojawił się pewien problem - jak to jest z tą nazwą? Poszukałam i znalazłam takie wyjaśnienie na Wikipedii:
Kremówka, napoleonka – ciastko na cieście francuskim przełożonym kremem waniliowym lub budyniowym, zazwyczaj posypane cukrem pudrem.
W niektórych częściach Polski (np. w Kaliskiem, w Warszawie) ciastko nosi nazwę napoleonka. We Wrocławiu znane są zarówno napoleonki (z kremem śmietanowym), jak i kremówki (z kremem waniliowo-budyniowym). Odwrotnie jest w Łodzi. Z kolei w Krakowie napoleonką nazywa się czasem ciastko z bladoróżowym kremem z białek, w innych częściach kraju zwane napoleonem.




W mojej okolicy spotykam się z dwiema nazwami, a w kawiarni dostanę ciasto francuskie przełożone kremem budyniowym. I przyznam się szczerze, że swego czasu nie lubiłam kremówek, a przecież...Wiesz co jeszcze wszyscy lubią? Kremówki. Znasz kogoś, że jak mu powiedziałeś: “Ej masz ochotę na kremówkę”. To on: “Nie stary, nie lubię kremówek.” Kremówki są pycha. Pewnie część z Was rozpoznaje cytat ze Shreka, wypowiedziany przez osła. I jedno mogę powiedzieć - nieważne czy napoleonka czy kremówka, ciastka z tego przepisu są pycha!


Składniki (powtarzam za autorką) na ok 12 kremówek:
Ciasto francuskie:
-300g masła
-300g mąki pszennej
-1 jajko
-1/2 łyżki octu (6%)
-woda (ciepła ok. 100ml)

Oczywiście, ciasto francuskie możecie kupić w sklepie i je po prostu upiec, ale ja postanowiłam zrobić swoje własne i nie żałuję :)
Całe masło kroimy na niewielkie kawałki i zagniatamy na kulę ze 100g mąki pszennej. Trzeba to zrobić szybko, bo inaczej zacznie mięknąć i przyklejać się do blatu. Kładziemy na foli spożywczej, przykrywamy i formujemy kwadrat o boku ok. 13 cm. Wkładamy do lodówki. W tym czasie z pozostałych składników zagniatamy ciasto, nie dolewamy całej wody od razu, tylko po trochu. Ciasto ma być jak to na pierogi.
Rozwałkowujemy je na cienki okrąg (mój miał 35-40 cm średnicy), kładziemy na środku kwadrat z masła i mąki i zawijamy ciasto, dokładnie zlepiając brzegi.



Kładziemy na stronie ze złączeniami i rozwałkowujemy (starają się wałkować tylko w jedną stronę) na prostokąt o grubości ok. 0,5-1 cm i składamy na trzy części, jak list. Tzn. jeden koniec do środka, a potem na to drugi koniec. Delikatnie spłaszczamy wałkiem, zwijamy w folię spożywczą i wstawiamy do zamrażalnika na 15 minut. Czynność powtarzamy jeszcze trzykrotnie.




Następnie ciasto przecinamy na pół (w poprzek), jedną połowę chowamy do lodówki, a drugą rozwałkowujemy na cienki prostokąt. Musi być dość spory, bo ciasto kurczy się w czasie pieczenia. Pieczemy na papierze, w piekarniku rozgrzanym do 220 stopni przez 15 minut. To samo robimy z drugą połową. 



Masa budyniowa:
-1 litr mleka
-50g masła
-130g cukru
-2 łyżeczki cukru waniliowego
-4-5 żółtek
-2 jajka
-130g mąki pszennej
-90g mąki ziemniaczanej


Zwiększyłam trochę ilość mąki w stosunku do przepisu ze strony autorki, a mojej masy wyszło mniej i wydaje się być bardziej płynna niż na zdjęciu autorki. Ale jest prawda w tym co ostatnio usłyszałam - masa budyniowa domowa jest lepsza od tej na kupnym budyniu. 

3 szklanki (szklanka = 250ml) mleka gotujemy z masłem i cukrami. W tym czasie pozostałe mleko miksujemy z jajkami, żółtkami i mąkami. Dodajemy do gotującego się mleka i miksujemy, żeby nie powstały grudki. Czekamy aż masa zrobi się bardziej gęsta, ewentualnie można dodać jeszcze łyżkę mąki, jeśli byłaby za rzadka.


Upieczone blaty ciasta kroimy na prostokąty, bo później będzie się ciężko kroiło. Wykładamy formę folią aluminiową albo formujemy prostokąt z foli wielkości spodu do ciasta, żeby nam się masa nie wylewała z ciasta. Na spód układamy prostokąty z ciasta, nalewamy masę budyniową i na górę znów układamy ciasto. Wstawiamy do lodówki na min. 12 godzin. Po wyjęciu obsypujemy cukrem pudrem.


***
Dzisiaj popołudniu czeka mnie nauka na jutrzejsze kolokwium z metod statystycznych, a w chwili obecnej jeszcze totalnie nic nie umiem. Zobaczymy ile tym razem będę potrzebować czasu na nadrobienie semestru ;)

I przypominam o konkursie Blog Roku 2011! Startuję w kategorii Moje zainteresowania i pasje i proszę o smsy H00363 na nr 7122 (koszt 1,23zł - cały dochód idzie na cele charytatywne). Z góry wszystkim dziękuję :)

piątek, 13 stycznia 2012

prosty sposób na podbicie świata - sałatka + konkurs

Porywało się na to już wielu! Od niepamiętnych czasów władcy próbowali podbić świat. Co prawda na początku tylko do pewnych granic, bo za nimi już nic nie było i można było spaść z naszej ziemskiej...płaszczyzny. Z mieczami, z toporami, będąc gotowymi na tak wielkie poświęcenia, jak śmierć połowy swoich wojsk. Z czasem w ruch poszły liny, cumy i sporo materiału na żagle, w końcu postanowili odkryć nowy świat! Owszem, wielu władców dalej chciało tym światem zawładnąć, mieć swoje kolonie i zniewolić innych, jednak myślę, że część z nich doceniła bogactwa (smakowe) jakie zostały przywiezione z nieznanych ziem. Dzieje się to po dziś dzień, każdy z nas może z łatwością podbijać kuchenne terytoria wprowadzając nowo zdobyte smaki i doświadczenia. A ja dzisiaj chcę napisać o sałatce, która od kilku lat powoli podbija polskie stoły, a w ostatnim czasie stała się ulubioną sałatką polskich blogerów kulinarnych. Jest w tym trochę smaku z Bliskiego Wschodu, jest też trochę Chin, a nawet (pół)Tysiąc Wysp




Sałatka gyros - kebab. Po raz pierwszy została podana u znajomych w Tychach kilka lat temu, potem pojawiała się raz na jakiś czas przy okazji różnych imprez. Ostatnio postanowiłam zrobić ją na obiad, bo to wspaniała porcja świeżych warzyw oraz mięsa. Sekretem jest przyprawa do mięsa (no i ten re-we-la-cyj-ny sos).


Składniki na dwie porcje obiadowe, czyli dwie takie miski jak powyżej: 

-50 dag piersi z kurczaka
-mała/średnia cebula
-puszka kukurydzy
-pół dużego słoika ogórków konserwowych
-pomidor
-1/4 główki kapusty pekińskiej
-przyprawa do gyros/kebab
-sporo ketchupu, trochę majonezu, trochę soku z cytryny
-ewentualnie papryka i ser sałatkowy

Mięso kroimy na małe kawałki, obtaczamy w przyprawie i smażymy na patelni. Następnie wrzucamy na dno miski. Na to sypiemy posiekaną cebulę, ogórki konserwowe i kukurydzę. Następnie pomidory (i ewentualnie papryka), posiekana kapusta pekińska i ser. Wszystko zalewamy sporą ilością sosu (ja łączę pół na pół majonez z ketchupem, sosu do jednej porcji potrzeba 1/4-1/3 szklanki).





***
Końcówka tygodnia mija powoli, ale nie leniwie! Zajęcia z samego rana, kolokwium z angielskiego. Po zajęciach posprzątaliśmy z L. mieszkanie, kupiliśmy bilety na Bal Wydziałowy. Wieczór to przeplatanka seriali, książek i jak tylko rodzice wrócą z zakupów to zabieram się za robienie weekendowego ciasta ;)
Zaczęłam rozważać pokolorowanie włosów. Tym razem bez takich ekstrawagancji, jak to było w liceum (czyli ruda marchewka), a na "ciemny blond", który od bardzo ciemnego brązu przechodzi przez różne odcienie brązu i dochodzi do koloru bliskiego mojemu naturalnemu (minimalizacja dostrzegania odrostów). 

I do tego mamy dzisiaj w Gliwicach prawdziwą rewolucję pogodową. Zima nie jest zdecydowana, bo cały dzień - pruszy - wychodzi słońce - zaczyna wiać - zaczyna pruszyć - robi się zawieja - zamieć śnieżna - pruszy - słońce. I tak ciągle (oprócz tego, że już słońce nie świeci, bo jest ciemno)!

A jutro na narty do Szczyrku :)


P.S. Przypominam się, że biorę udział w konkursie na Blog Roku 2011, kategoria "Moje zainteresowania i pasje" i będzie mi bardzo miło, jeśli na mnie zagłosujecie! SMS H00363 pod nr 7122 (koszt 1,23zł). Dochód z SMSów idzie na cele charytatywne!