photo 1_zpsf71e6e78.png photo 2_zpsa04d1f5f.png photo 3_zps76d47384.png
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 czerwca 2014

leniwe śniadanie w Lenivcu, Warszawa

W piątek wieczorem wybraliśmy się na szybką wycieczkę do Warszawy, w której mieliśmy spędzić większość soboty. Zaplanowaliśmy kilka spotkań już od samego rana, więc konieczne było znalezienia przyjemnego miejsca na śniadanie, które będzie otwarte przed 10 rano. Kolejnym ważnym punktem była lokalizacja, czyli w miarę w centrum, a najlepiej na trasie od hotelu do pierwszego spotkania. Po przejrzeniu kilku opcji stwierdziliśmy, że wybierzemy się do Lenivca położonego przy ulicy Poznańskiej.





czwartek, 16 stycznia 2014

zapieksy wyborowe, Gliwice

Kilka lat temu miałam okazję poznać trochę Kraków i mam tam kilka ulubionych miejsc m.in. zapiekanki na Kazimierzu. Ze świeżymi dodatkami, sporej wielkości i bardzo smaczne. I kiedy tak nas zajęły gliwickie burgerownie okazało się, że są także osoby, które postanowiły nas nakarmić dobrymi zapiekankami. Tuż obok McDonald's na Zwycięstwa stanęła budka z wyborowymi zapieksami. Ponieważ dobry fast food to jest to, co z L. lubimy, więc postanowiliśmy się wybrać.



Po pierwsze bardzo nam się spodobał pomysł z lokalem-budką. Zapieksy czasem wyruszają w trasę na okoliczne imprezy, ale zazwyczaj mają swoje stałe miejsce. Przed budką stoi kilka stolików skonstruowanych z krat po fritzie, więc można zapiekankę położyć czy przystanąć na chwilę.






Bagietki są pieczone na miejscu, a sosy domowej roboty. Samo menu nie jest bardzo bogate, co więcej zapiekanki to zazwyczaj dwa dodatki (oprócz sera). Osobiście lubię sobie powrzucać sporo na górę, ale z drugiej strony w takich warunkach ciężko byłoby zjeść wielką zapiekankę. A jak już o rozmiarze mowa to spodziewałam się trochę większych, bo porcja jest bardziej na kolację niż na obiad.
W kwestii smaku to też mam drobne zastrzeżenia - zwykły ser nie zawsze pasuje do wszystkich dodatków. Do mojej Niemki dodałabym jeszcze mozzarellę, a zmniejszyła nieco ilość żółtego, który smak ma dość wyraźny.





W tej niewielkiej budce znalazło się także miejsce na maszynę do belgijskiej gorącej czekolady oraz sporych rozmiarów ekspres do kawy. Herbata owocowa zawiera prawdziwe owoce, które są ustawione w słoiczkach na ladzie :) Do tego można zwinąć promocyjne naklejki lub magnesy.





Podsumowując: bardzo fajny pomysł na biznes, zarówno w formie, jak i w treści. Mam kilka drobnych uwag, ale mimo ich wrócimy jeszcze, pewnie w trakcie jednego z naszych wieczornych spacerów. O ile wybierzemy się przed...20 i brakiem bagietek ;)



piątek, 3 stycznia 2014

Art Sushi, Gliwice

Kto mnie zna, ten doskonale wie, że bardzo lubię sushi. Nie jem bardzo często, bo ceny w restauracjach bywają zawrotne, a przygotowanie w domu jest dość czasochłonne. Jednak przy różnych okazjach wychodzimy z L. bądź zamawiamy jedno z naszych ulubionych dań. W Gliwicach, o ile się nie mylę, mamy 4 miejsca, gdzie można zjeść sushi. Jedne lepsze, inne nieco gorsze, ale kilka dni temu wyłonił się nasz faworyt do miana tego najlepszego. Mowa o Art Sushi, restauracji, do której dość długo trafić nie mogliśmy, a która znajduje się przy ul. Długosza 2.













Po raz pierwszy wybraliśmy się pod koniec października i wyszłam nieprzekonana. Zjedliśmy bardzo smaczną sałatkę z sezamowym kurczakiem i dobry zestaw sushi, ale szczerze mówiąc - nie widziałam aż takiej różnicy między Art Sushi a inną dobrze mi znaną restauracją. Kilka dni temu wybraliśmy się razem z siostrą i szwagrem L. i byłam pod ogromnym wrażeniem tego, co przygotowali. Nie wiem czy wcześniej trafiliśmy w złe menu czy gorszy dzień kucharza, ale dopiero tym razem pokazali na co ich stać. To sushi naprawdę mnie powaliło swoim smakiem - nie wiedziałam, że może być aż tak smaczne.















Sam lokal jest urządzony bardzo współcześnie, ale gustownie - ciemne, lustrzane stoły, kamienne naczynia. Można dostrzec dbałość o szczegóły, ale odrobinę brakuje mi duszy w takich miejscach.






















































Menu jest bardzo bogate. Oferują sałatki, zupy, sushi wszelakie oraz inne danie, na deserach kończąc. Możemy jeszcze polecić napój aloesowy, który bardzo nam zasmakował i dobrze komponuje się z sushi. Jeśli chodzi o wybór tego ostatniego to przede wszystkim wybierajcie american roll i uramaki, bo to właśnie one tak nas zaskoczyły. Pozostałe maki czy nigiri są smaczne, ale po tych dwóch wizytach nie odkryliśmy żadnych wyjątkowych połączeń.
Bardzo fajnym zwyczajem, którego wcześniej nigdzie nie zaobserwowałam jest podawanie ciepłych ręczniczków do wytarcia rąk przed podaniem dania.
Jest też otwarty bar, więc można obserwować przygotowanie sushi. Niestety w trakcie naszej wizyty dostrzegłam także minus takiego rozwiązania - jakiekolwiek nieporozumienia między załogą omawiane w trakcie ich pracy są także słyszalne dla gości, a soczyste wyrażenia (nawet szeptem) nie są najlepszą reklamą miejsca.
Przy większym oblężeniu miejsca trzeba też nieco dłużej poczekać na swoje zamówienie, ale jeśli zawsze będą podawać tak smaczne sushi to mogę czekać te 45 minut.






























sobota, 28 grudnia 2013

Cafe Diglas, Wiedeń

Ostatnio po raz kolejny mieliśmy przyjemność odwiedzić Wiedeń. Wyjazd i odwiedziny świątecznych jarmarków nocą od dawna był moim celem i cieszę się, że udało nam się wyrwać na kilka dni. Jak zawsze przy takich wyjazdach stołowaliśmy się "na mieście", odwiedzając także klimatyczne wiedeńskie kawiarnie. Tak jak przy okazji naszej poprzedniej wizyty postanowiliśmy wybrać się do jednej z bardziej znanych kawiarni, z tych z historią. Wiem już mniej więcej, gdzie się one znajdują na mapie starego miasta, ale tak jak ostatnio wybraliśmy ją całkiem przypadkiem.



Cafe Diglas swoje początki ma w 1875r., a miejsce przy Wollzeile zajmuje od 1923r.
Wystrój ma dość typowy i bardzo wiedeński - ciemne drewno, bordowe obicia i krzesła, małe stoliczki, kontuar na wejściu z wystawionymi ciastami.
Udało nam się znaleźć miejsce, mimo sporego zatłoczenia i co ciekawe, była zatłoczone głównie osobami mówiącymi po niemiecku, a turystów było raczej niewielu.











Ja zamówiłam kawę białą, L. poprosił o latte i dwie porcje Esterhazy torte, bo nie wiedziałam na co innego się zdecydować, a to ciasto ostatnio bardzo mi smakowało. Niestety okazało się, że przepis z Cafe Griensteidl jest smaczniejszy, ale zjedliśmy ze smakiem. Do kawy, jak wszędzie w Wiedniu, dostaliśmy szklaneczkę wody.







Uwielbiam oglądać takie miejsca i patrzeć na szczegóły - lampki, prawie kryształowe żyrandole, z których zwisają przedmioty kuchennego użytku czy biało-czarne grafiki na ścianach. Nie mogło także zabraknąć światełek w świątecznym klimacie. Atmosfera sprawiała, że aż nie chciało się wychodzić :)








wtorek, 8 października 2013

zdrowa krowa slow food fast

Jeśli chodzi o jedzenie to ja naprawdę lubię kawał dobrego mięcha. Na moim talerzu jest też miejsce na inne dobroci, a jeśli ktoś mi zapakuje porządne mięcho w bułkę, dorzuci dobrze dobrane dodatki to będę w siódmym niebie. To właśnie robi zdrowa krowa, czyli drugi burger bar w Gliwicach, umiejscowiony przy ulicy Raciborskiej 2, czyli tuż przy Rynku.
Otworzyli się pod koniec września, a kazali czekać na siebie blisko 3 miesiące - jak zawsze, dowiedziałam się o nich z fb. Postanowiliśmy się wybrać z L. na spróbowanie w najbliższym czasie, ale czekała mnie miła niespodzianka, bo zostałam przez nich zaproszona. W ostatnią sobotę na obiad były burgery ;)



Bez problemu znajdujemy nowe miejsce, bo zwraca na siebie uwagę. Wchodzimy do dość wąskiego pomieszczenia (kamienice przy Rynku ;)), gdzie po lewej stronie stoi dość długi drewniany stół z ławkami z jednej strony, a po prawej stronie jest bar, gdzie dwóch panów uwija się ze smażeniem i robienie burgerów, a miła pani przyjmuje zamówienia. Menu w postaci wąskiej, czarnej tablicy wisi nad barem, ale bardziej sprawdzają się sporych rozmiarów ulotki rozłożone w kilku miejscach lokalu. Trafiamy na dość zakręcony moment, gdzie ludzi przewija się sporo, więc zaraz po wejściu stajemy w kolejce. Menu zawiera 12 pozycji burgerów i myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie.




 Po kilku minutach przychodzi nasza kolej - ja korzystam z zaproszenia i zamawiam "mountainman", czyli burgera z oscypkiem i karmelizowaną czerwoną cebulą, a do tego jabłkowego fritza. Natomiast L. zamawia normalnie (chociaż i tak farciarz trafił na zniżkę studencką 20%) - "soprano", pieczone ziemniaczki oraz onion rings.
Siadamy przy długim stole blisko wejścia, więc możemy obserwować wszystko co się dzieje. Ja biorę aparat i idę trochę pooglądać miejsce. Okazuje się, że z drugiej sali jest przejście jeszcze do trzeciej, więc wbrew pozorom miejsca jest całkiem sporo. Jak zawsze, pstrykam szybko i mało dokładnie, bo nie chcę innym przeszkadzać.
Lokal jest bardzo kolorowy i zakręcony, ale dla mnie wszystko tu pasuje do siebie. Od potężnych drewnianych blatów na cienkich nóżkach, przeglądu kolorowych krzeseł, przez skrzynie z wrzosami czy bazylią, po bańki na mleko wypełnione kwiatami i współczesna grafiki.













Po ok 10 minutach dostaję mojego burgera. Jest spory, robiony od podstaw w lokalu i mimo rozmiaru da się go zjeść bez pomocy sztućców. Mięso jest średnio wysmażone, co mi nie przeszkadza, ale różowy kolor w środku mnie zawsze nieco niepokoi ;) Za to bułka jest fajnie podpieczona. Zjadam ze smakiem, bo połączenie bardzo mi odpowiada. Kiedy kończę czekamy jeszcze chwilę na zamówienie L. - obstawiam, że to przez dodatki zeszło więcej czasu na przygotowanie. L. również jest zadowolony, chociaż wolałby mniej rukoli (tak to jest, jak się jej nie lubi, a się zamawia :p). Ziemniaki nie są tłuste, a fajnie podpieczone - tak jak lubię. Krążki cebulowe też niezłe (chociaż tym razem to ja za cebulą nie przepadam). Do tego dwa sosy - czosnkowy i bbq.








Ceny są całkiem ok - od 16 do 26 za burgera, ale dodatki trzeba zamówić osobno. Na szczęście jest bardzo dobra oferta lunchowa - w tygodniu od 12 do 15, za 20zł możemy dostać burgera dnia + ziemniaczki pieczone + sok.



Bardzo dobrze działa ogromny wyciąg nad kuchnią, więc mimo smażenia mięsa przy gościach, w środku lokalu tego nie czuć. A sam pomysł z tak otwartym barem w burgerowni jest odważny i bardzo mi się podoba. Podoba mi się głównie ze względu na przesympatycznego pana w nerdówkach, który z niesamowitym spokojem i wyśmienitym humorem wszystko ogarnia. Robiąc przy burgerach, przekleja karteczki z zamówieniami, nas zagaduje w kolejce, zaczyna rozmawiać, że świetny kawałek właśnie leci i powinniśmy zwrócić na niego uwagę, a kiedy dziewczyna przy kasie musi na raz odebrać kilka zamówień, wydać kolejne, ale nie ma tacek - bierze i sprawia, że tacki się pojawiają. Więcej takich pozytywnych i opanowanych ludzi ;)

Na co mogę narzekać? Dla mnie muzyka jest za głośna i zbyt intensywna. Godzina 14 to jeszcze nie ta pora dnia z taką muzą ;) Dwa, że przy sporej liczbie gości można znaleźć kilka niedociągnięć w tempie sprzątania po wychodzących (tacki znikają na parapetach). I gdyby nie wyżej opisany pan, nie wiem jak pozostała obsługa zniosłaby takie tempo pracy, bo ja na pewno na ich miejscu bym się gdzieś po drodze pogubiła ;)




Podsumowując, wyszliśmy zadowoleni i najedzeni. Warto pójść i spróbować, bo karmią dobrze. My na pewno wrócimy kiedyś w porze lunchowej, ale tym razem poprosimy o mięso dobrze wysmażone.
I jak to powiedział L., fajnie, że powstają takie miejsca na gliwickiej mapie lokali. Jest w czym wybierać :)

piątek, 6 września 2013

Cafe Griensteidl, Wiedeń

Myśląc o Wiedniu zawsze myślałam o zabytkowych miejscach – Opera, Schonbrunn, dom Mozarta czy liczne kościoły, które wciąż wyglądają wspaniale, nadając temu miastu niepowtarzalną atmosferę. Zapomniałam jednak, że nie tylko stare budowle budują atmosferę miasta. Są to przede wszystkim miejsca, gdzie spotykają się ludzie, a w Wiedniu są to liczne kawiarnie z historią. Do naszej trafiliśmy tuż przed wyjazdem, w trakcie spaceru po Starym Mieście, kiedy patrząc na zegarek stwierdziliśmy, że mamy jeszcze pół godziny do zagospodarowania i można by coś zjeść. Niewiele się zastanawiając weszliśmy do najbliższej kawiarni – Cafe Griensteidl i znaleźliśmy się w nieco innym świecie.



Cafe Giensteidl, Michaelerplatz 2, Wiedeń


Potężne drzwi i bordowe dywany. Meble wykonane z ciemnego drewna, a przy niewielkich stolikach miejsce można zająć na siedzeniach obitych w bordowy aksamit. Jeszcze tylko ciemnoczerwone gerbery na stole i elegancko ubrany pan kelner pod muszką podaje nam kartę.









 Od razu przeszliśmy do sekcji deserów i kaw. Po chwili zastanowienia zamówiliśmy Apfelstrudel (3,50EUR), Esterhazytorte (4,20EUR) oraz dwie kawy – dla mnie Melange z mlekiem i pianką, a dla L. Latte macchiato (4,00 i 4,65EUR).







Apfelstrudel nas nie zachwycił, bo był zimny. A przecież my, Polacy, wiemy najlepiej, że jak ciasto z jabłkami to na ciepło, najlepiej w towarzystwie lodów i sosu :) Być może, gdybyśmy zamówili wersję z sosem waniliowym (coś koło 6-7EUR) to smakowałoby nam bardziej.
Natomiast torcik, o którym niewiele wiedziałam wcześniej, okazał się być przepyszny. Cienkie orzechowo-migdałowe placki przełożone kremem maślanym aż rozpływały się w ustach. Później doczytuję, że to kolejny słynny austriacko-węgierski wypiek stworzony na cześć węgierskiego księcia.
Do tego dobra kawa i od razu humor przed nadchodzącą podróżą się poprawił.






Siedząc w kawiarni i ciesząc się spokojem zaczęłam się zastanawiać od kiedy istnieje to miejsce? I jaka jest jego historia? Po powrocie do domu nadrobiłam swoje braki i dowiedziałam się, że kawiarnia powstała w 1847 roku i była miejscem spotkań wielu ówczesnych artystów (jak większość XIX wiecznych kawiarni). Aż żal było wychodzić z tego miejsca i wracać do zatłoczonego centrum Wiednia.