photo 1_zpsf71e6e78.png photo 2_zpsa04d1f5f.png photo 3_zps76d47384.png

sobota, 3 września 2011

mój pierwszy raz

Myślałam o TYM już od pewnego czasu. Rozmawiałam z moim L., ze znajomymi, niektórzy mogli podzielić się wrażeniami i doświadczeniami. Zastanawiałam się kiedy będzie właściwy moment. Poczytałam trochę, chociaż wiedzę w TYM temacie już miałam to dowiedziałam się kilku szczegółów. I zaczęłam się powoli decydować. Tak, to TEN moment. Decyzja podjęta, ale i tak zaczęły się wątpliwości. Z czasem trochę opadły, a ja zaczęłam się przygotowywać. Po zakupieniu odpowiednich...rzeczy, w zasadzie nie mogłam się już wycofać.

A jak się nie uda? A jak nie będzie tak jak bym chciała? Czy powinnam właśnie teraz? A może lepiej trochę poczekać? Pytania dalej kłębiły mi się w głowie. Ale przypomniała mi się scena z 'Pocahontas' (ach, jak te bajki wpłynęły na mnie), gdzie młoda Indianka siedzi przed Babcią Wierzbą i zadaje jej mnóstwo pytań "a jak...?". I Babcia Wierzba odpowiada "A jak drzewo nagle zapłonie? A jak tobie odpadnie nos?". Nie możemy cały czas siedzieć i się zastanawiać "a jak...?", bo inaczej pół życia nam ucieknie.

Zdecydowałam się. Tak, to jest TA chwila. I zrobiłam TO.
Upiekłam mój pierwszy chleb na zakwasie!

O pieczeniu chleba myślałam już od dłuższego czasu, po tym jak kolega na spotkanie filmowe przyniósł bochenek świeżo upieczonego do swojej mamy. W połączeniu z masłem czosnkowym albo smalcem - czysta rozkosz! Zaczęłam przeszukiwać różne strony i trafiłam na kilka bardzo przydatnych - wszystko ładnie napisane od podstaw oraz fajne przepisy. W linkach jest jeszcze namiar na blog Tatter, który też może być przydatny. I chociaż dużo potraw robię po raz pierwszy to zrobienie chleba było dla mnie takim małym wyzwaniem. Zastanawiam się dlaczego, może wynika to z tego, że ludzie gotują i pieką - ciężko nie zjeść obiadu, czasem nachodzi nas ochota na odrobinę słodyczy. Ale kto w dzisiejszych czasach ma czas na pieczenie chleba na zakwasie? Dla mnie jest w tym odrobina czaru i tajemnicy.

Zaczęłam od przeczytania artykułu o typach mąki, czyli dlaczego mąki tak się dziwnie nazywają i co mają wspólnego z Wrocławiem albo Poznaniem. Każdy zainteresowany może zajrzeć sobie na wikipedię i dowiedzieć się tego, czego ja miesiąc temu. Do mojego pierwszego chleba użyłam mąki żytniej typ 720 i pszennej 550, chociaż do "jasnych" chlebów najlepsze mąki to 650-900. Niestety, w naszych sklepach trzeba się naszukać, żeby zdobyć odpowiedni typ mąki.

Teoretycznie powinnam zacząć od pieczenia chleba na drożdżach, ale ciasto drożdżowe mam dość dobrze opanowane, dlatego postanowiłam zrobić zakwas.
Przepis na zakwas wcale nie jest trudny :) podstawą każdego jest mąka żytnia, zakwas pszenny robi się na zakwasie żytnim!

I. Bierzemy duży słoik albo miskę. Mieszamy pół szklanki mąki żytniej i 1/3 szklanki letniej, przegotowanej wody, zawijamy folią spożywczą. Odstawiamy do "działania" na 24h. Co pół doby mieszałam zakwas.
II. Następnego dnia powtarzamy operację - pół szklanki mąki żytniej i 1/3 szklanki wody. Znów odstawiamy na dobę.
III. Od trzeciego karmienia możemy zacząć dzielić je na dwa razy dziennie, ja tak zrobiłam, bo miałam czas. Ale jeśli nie mamy to można po prostu karmić co 24h. Jeśli karmimy na 2 razy, to używamy połowę składników na każde karmienie.
IV. Po 5-6 karmieniach nasz zakwas powinien być dobry do użycia. Może trochę nieprzyjemnie pachnieć, w końcu chodzi o wyhodowanie dzikich drożdży i zepsucie mąki. Mój miał zapach taniego szampana/jabola :p

Zakwas możemy przechowywać w lodówce, ale nie dłużej niż 10 dni. Jest to dobry początek na zaczyn na kolejny chleb. Przepisów na chleb jest wiele, testując nowe będę je zamieszczać i opisywać. Wczoraj wieczorem upiekłam chleb mieszany na zakwasie żytnim, z przewagą mąki żytniej.

Kilka rad i spostrzeżeń:

1. Dopóki na zakwasie nie wyrośnie pleśń albo nie zacznie bardzo śmierdzieć to znaczy, że jest z nim dobrze. Może rosnąć, ale nie musi. Na powierzchni można dostrzec bąbelki i oddzielenie się górnej warstwy od reszty, to dobrze i znaczy, że wszystko działa.
2. Nie nastawiajcie się, że pierwszy chleb będzie przepiękny. Mój wyszedł całkiem ładny, ale przede wszystkim był smaczny (i o to chodzi).
3. Ciasto na mące żytniej jest okropnie klejące. Jeżeli konsystencja jest w miarę "ciastowata" nie dosypujemy mąki. To woda powoduje, że ciasto jest miękkie i puszyste. Chleb żytni jest bardziej zbity i ma mniej przerw w cieście.
4. Wodę dolewamy ostrożnie, bo mąki mają różne zdolności do chłonięcia jej. Dlatego najlepiej dolać trochę, wyrobić ciasto, potem znów trochę itd. Staramy się jednak wlać jak najwięcej wody.
5. Mój chleb wyrastał i był pieczony bez miski/kosza do chleba. Nie miałam okazji do zakupu. Można piec w keksówce, ale wtedy wyjdzie bardziej kanciaty. Ja wymyśliłam coś takiego, że uformowałam bochenek na papierze do pieczenia, położyłam go na prostokątnej blasze (30x25 cm) wzdłuż dłuższego boku, a z drugiej strony postawiłam moją keksówkę, dzięki temu chleb z obu stron został zabezpieczony przed "rozlaniem" się na boki i rósł w górę. 
6. Pieczemy z grzaniem dolnym i górnym, jeśli mamy taką możliwość. Jestem dość ostrożna z grzaniem od góry, bo parę rzeczy mi się przypaliło, ale metodą prób i błędów poznałam mój piekarnik dzięki temu. Grzanie górne włączyłam 15 minut przed końcem i chleb jest lekko złocisty.  Przy kolejnych próbach będę włączać grzanie górne wcześniej albo zmienię poziom, na którym chleb się piekł. Słyszałam też, że jeśli chleb jest już ładnie upieczony z góry to wystarczy przykryć bochenek folia aluminiową.
7. Chleb w czasie wyrastania można pomalować oliwą, wtedy będzie miał ładny, nie popękany wierzch. Tuż przed włożeniem warto go posmarować albo spryskać wodą, podobnie zrobić z piekarnikiem - tuż przed włożeniem spryskać wodą. 

I na zachętę, mój pierwszy chleb


***
Weekend mija ciekawie :) Rano zrobiliśmy sobie prawie trzy godzinną wycieczkę rowerową z L. i moimi rodzicami po okolicznych lasach i miasteczkach. Po rodzinnym obiedzie u rodziców pojechaliśmy do jednego z naszych CH, bo na parkingu i w okolicy odbywał się Moto Show. Największe widowisko zrobił wielki Monster Track, rozjeżdżając starego "dużego Fiata" i Forda Ka. Do tego mnóstwo motocykli, tor crossowy, samochody terenowe. I upał, pełno ludzi i masa spalin. Pooglądaliśmy trochę, zrobiliśmy małe zakupy i wróciliśmy do domu.
Jutro dalej rodzinny dzień, jedziemy odwiedzić dziadków, bo jadą we wtorek na wycieczkę do Turcji.
W przyszłą sobotę jedziemy z mamą opiekować się Małą K., bo jest ślub&wesele i wujkowie nie chcą brać małej na całą imprezę ze sobą. Wezmę duży brystol, kupię miłe dla dzieci farby i będziemy malować łapkami!

Nowym samochodem się bardzo fajnie jeździ, a ja się cieszę, że L. jest taki szczęśliwy.

czwartek, 1 września 2011

czekoladki z malinami

Przyszedł nowy rok szkolny, ale ja jeszcze mogę ze spokojem oddychać i odpoczywać. W najbliższym czasie pewnie będę musiała skoczyć po kilka wpisów z indeksami mojej grupy, bo noszę indeksy większości osób, jak to na miłą starościnę grupy przystało. Powoli zbliża się także jesień, lato daje trochę wytchnienia i spacery stały się bardzo przyjemne. Ostatnio postanowiłam na poprawę humoru kupić sobie pudełeczko malin, bo to pewnie jedne z ostatnich - już nie są takie duże i słodkie, ale dalej wspaniale smakują. Wróciłam do domu i przypomniał mi się jeden przepis, który mnie zachwycił, ale nie zdarzyła się jeszcze okazja do jego wypróbowania. Przekopałam wpisy o pralinkach na tym blogu i postanowiłam zrobić czekoladki z nadzieniem malinowym!


Zrobienie czekoladek po raz pierwszy wpadło mi do głowy w kwietniu, kiedy już się oswoiłam z moją kuchnią i zaczęłam planować wypieki na Wielkanoc. Zrobiłam wtedy pralinki z marcepanem (też kiedyś o nich napiszę) i postanowiłam wypróbować formę silikonową do czekoladek w kształcie jajek, zajączków i kaczuszek. Ostatnio przy szale zakupów serduszkowych kupiłam też formę silikonową do czekoladek w kształcie serc :)
Oczywiście przy okazji się zdenerwowałam, bo zamówiłam włoską formę silikonową, a potem znalazłam tańszy odpowiednik, ale trudno. Foremki do lodu np. z Ikei też się świetnie do robienia czekoladek nadają.



Składniki na 15 czekoladek:
-pół szklanki malin
-pół łyżki cukru
-100g białej czekolady
-25 ml śmietanki kremówki
-150g gorzkiej czekolady do oblania
-dodatkowo szklana miska (najlepiej dwie), pędzel, sitko i foremka silikonowa 


Maliny z cukrem wrzucić do garnuszka i zagotować. Po 2 minutach zdjąć z ognia i przetrzeć przez sito, żeby pozbyć się pestek. Wymaga to cierpliwości i trochę siły :) Postawić przecier bez pestek na ogniu i gotować aż otrzymamy łyżkę, półtorej musu malinowego. Opcjonalnie można dodać łyżeczkę wódki. I ostudzić.
 Do miski wrzucić połamaną białą czekoladę i rozpuścić w kąpieli wodnej. Po chwili dolać kremówkę i dodać mus malinowy, wszystko razem zmieszać. Odstawić do przestudzenia, nasze nadzienie powinno zgęstnieć.


Teraz przygotowanie formy do czekoladek :)
W kąpieli wodnej roztapiamy pół tabliczki czekolady. Zostawiamy do przestudzenia, żeby trochę zgęstniała. Bierzemy pędzel i bawimy się w czekoladowych artystów - malujemy nasze formy czekoladą od środka. Pół czekolady powinno starczyć na dość grubą warstwę wymalowania 15-20 (zależnie od głębokości) miejsc w foremce. Chowamy do lodówki i czekamy aż czekolada stwardnieje.
Potem powtarzamy tę czynność - podwójna warstwa czekolady robi mocniejsze czekoladki i nie będą pękać przy wyjmowaniu.
 Po drugim schłodzeniu wypełniamy formę masą malinową, zostawiając trochę miejsca na wypełnienie czekoladą od góry. Przed zalaniem spodu czekoladą nie trzeba chłodzić formy, ale potem wstawiamy do lodówki i najlepiej w niej przechowywać czekoladki :)



Białą czekoladę można kupić gorszej jakości, bo dużo smaku nie zmieni. Ale warto kupić dobrą gorzką czekoladę (praktycznie zawsze używam Wedla), bo dobrze się rozpuści, nie trzeba jej temperować i czekoladki będą ładne. Smacznego i dobrego nowego roku szkolnego!



***
Zawsze jak myślę o 1 wrześniu i o rozpoczęciu roku przypominają mi się te najważniejsze trzy rozpoczęcia pierwszych klas. I wielka tuba ze słodyczami jaką miałam idąc do podstawówki. Pewnie część słodkości dla moich dzieci w przyszłości zrobię sama.
L. kupuje dzisiaj samochód, za chwilę będziemy jechać go odebrać :) Trochę się naszukaliśmy i w końcu stanęło na ofercie z Gliwic, co prawda nie spełniła wszystkich naszych zachcianek, ale żadna z pozostałych również taka nie była, a w tym przypadku nie musieliśmy jeździć przez pół Polski po samochód. Stare auto sprzedane wczoraj wieczorem, więc wyszło to idealnie w czasie.
Dziadek wrócił od rodziny z Niemiec i przywiózł 2,5 kg żelków Haribo. Dostaliśmy z L. sporą część i trzeba chować opakowanie, bo zaraz wszystkie znikną.

Po wczorajszej zumbie naładowałam się znów energią :) W przyszłym tygodniu zmienia się "rozkład jazdy", a ja idę w poniedziałek zobaczyć jak to będzie na capoeirze.