photo 1_zpsf71e6e78.png photo 2_zpsa04d1f5f.png photo 3_zps76d47384.png
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekąski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekąski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 maja 2014

placki (pancakes) kukurydziane

Ostatnio mi trochę nie po drodze do kuchni i blogowania. Gotuję i piekę, ale sięgam po sprawdzone i bezpieczne przepisy. Takie, które spokojnie mogę robić "na oko". Wiele jest powodów mojej nieobecności, ale mam nadzieję, że się znów zmobilizuję do większej aktywności na blogu i w kuchni :) 
Tymczasem mam dla Was przepis śniadaniowy na nieco inne placki. Nieco inne, bo zrobione głównie z mąki kukurydzianej. Tak jakoś wyszło, że znalazła się w moim koszyku i trzeba było z niej zrobić dobry użytek.
Placki stworzyłam w formie słodkiej, jak i słonej, chociaż przepis bazowy jest taki sam. To dodatki powodują różnice. W jednej porcji znalazły się borówki amerykańskie, a do drugiej dodałam jajko sadzone smażone na szynce suszonej.



niedziela, 4 maja 2014

śniadaniowy pudding z croissantów

Od dawna zastanawiał mnie przepis na pudding z pieczywa, jednak sporo czasu zajęło mi zabranie się do jego przygotowania. Ostatnio przeglądając książkę Nigelli znalazłam przepis na pudding z francuskich pain-au-chocolat. Przy najbliższej okazji kupiłam croissanty i postanowiłam sprawdzić przepis. Jest to ciekawa alternatywa dla tradycyjnego śniadania. Możecie dorzucić do środka różne dodatki lub zmienić rodzaj pieczywa np. na chałkę albo zwykły, nieco zeschnięty chleb.





niedziela, 27 kwietnia 2014

placuszki cukiniowe z marchewką i szpinakiem

Wczoraj przygotowane na śniadanie okazały się być świetną alternatywą dla słodkich lub zwykłych placków. Byłam zaskoczona, jak dużo osób często je robi lub kojarzy ze smakiem dzieciństwa, bo dla mnie jest to dość nowa potrawa, którą spróbowałam niedawno w barze wegetariańskim. Proste i dość szybkie w przygotowaniu mogą być pysznym warzywnym śniadaniem, przekąską lub obiadem, jeśli zrobimy je w większej ilości. 
Do cukinii postanowiłam dodać marchewkę i szpinak, ale możecie pozostać przy samych ziołach. Podałam je z jogurtem czosnkowym, czyli jogurtem greckim wymieszanym z czosnkiem.



czwartek, 3 kwietnia 2014

wspólne gotowanie i tarta bakłażanowo-serowa

Rzadko zdarza mi się gotować z kimś. Jeszcze rzadziej przy tym współpracować, a nie dowodzić ;) W ostatnim czasie miałam okazję odwiedzić Alę w wielkim świecie, a że pogoda była przepiękna to Ala zaproponowała, żebyśmy wspólnie coś przygotowały do jedzenia i spędziły dzień na dworze. Niewiele myśląc zaproponowałam tartę, bo dość łatwa w przygotowaniu i transporcie. Wspólne zakupy, a potem wspólne przygotowywanie w kuchni. Pachniała tak dobrze, że aż się dziwię jak dowiozłyśmy ją w całości na piknik. Nasze połączenie smaków okazało się bardzo trafne i aż ciężko było się od niej oderwać. Polecamy, w towarzystwie dobrego wina na miłe spotkanie.



niedziela, 25 sierpnia 2013

śniadaniowe love na wakacjach

Wyjazdy z moimi rodzicami mają to do siebie, że rzadko kiedy muszę się przejmować posiłkami, a największym problemem jest co zjeść na deser ;) Tak, moja mamusia dba o nas, oczywiście staramy się pomóc, ale jednak to ona przejmuje stery. Dlatego pierwszy tydzień był dla mnie totalnym lenistwem pod tym względem. W drugim tygodniu wakacji, jednak znów "trzeba" było wrócić do kuchni. Na szczęście na spokojnie, razem z L., tak żeby wspólne przygotowywanie posiłków cieszyło równie bardzo, co ich konsumowanie. Śniadania staraliśmy się jeść szybko, żeby nie tracić pogody, więc jajecznica, po kanapce, kawa i w drogę. Dla urozmaicenia jednak postanowiłam przygotować placki, ze świeżymi owocami, jedzone na tarasie w promieniach słońca. Dość grube, puszyste, a swój równy kształt zawdzięczają mikropatelni do jajek sadzonych ;)


Składniki na 2-3 porcje:
-2,5 szklanki mąki
-2 jajka
-2 łyżeczki proszku do pieczenia
-2 łyżki cukru
-60g roztopionego masła
-2 szklanki jogurtu naturalnego
-mleko, do rozrzedzenia ciasta

Wszystkie składniki mieszamy w dużej misce. Mleko dodajemy na końcu, zależnie od potrzeby - ciasto powinno być jak śmietana (12%) lub ciut gęstsze, ale musi się także nieco rozpływać na boki. Smażymy na dobrze rozgrzanej patelni i podajemy.
U nas z jogurtem, dżemem truskawkowym i owocami. 


A spostrzegawcze osoby szybko wychwycą
 blogowe oszustwo
 pt. "żeby zdjęcia ładnie wyszły" ;)

***
Niestety, nasze 2 tygodnie dobiegają końca. Późnym wieczorem przylecimy do Krakowa, potem jeszcze droga do domu, a rano do pracy i naszej codzienności. A wrzesień, jak co roku, będzie pełen wrażeń :)
Do napisania!

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

krem snickers domowy

Każdy ma smaki związane z dzieciństwem. Smaki przywołujące wspomnienia, odrobinę nostalgii, które przywołują uśmiech na twarzy. Najgorzej, kiedy ulubione przysmaki znikają z półek sklepowych.
Kto pamięta kocie języczki? Albo Milky Way Magic Stars (do dostania na allegro)?
Dla mnie jednym z takich smaków, który obecnie nigdzie nie jest dostępny, jest krem snickers. Idealne połączenie słodkiego karmelu ze słonymi orzechami i masłem orzechowym oraz kremu orzechowo-czekoladowego, układające się warstwami i mieszające się na kanapce. Na samą myśl aż się rozpływam!
Po kilku latach bez tego kremu i ostatnim dniu dziecka powiedziałam sobie: "Dość. Muszę go przygotować w domu!". Przepis jest banalnie prosty - wykorzystałam przepis Siaśki, który umieściła u siebie Mania, ale następnym razem zmienię proporcje, bo nie wykorzystałam całego masła orzechowego, a zabrakło mi nieco smaku czekoladowego.




Na słoik ok 0,6l potrzebujemy (już wg. moich proporcji):
- puszkę mleka skondensowanego słodkiego albo gotowej masy krówkowej
- 200-250g prażonych, solonych orzeszków ziemnych 
- 150g orzeszków laskowych
- 150g czekolady (pół na pół gorzka z mleczną)

Jeśli nie mamy gotowej masy to gotujemy mleko przez ok 2h we wrzącej wodzie, pilnując by puszka była stale przykryta w całości wodą.
Orzeszki ziemne blendujemy na masło orzechowe - nie musi być idealne gładkie, z małymi kawałkami nawet lepsze :)
Czekoladę roztapiamy. Orzeszki laskowe prażymy na patelni, a następnie oczyszczamy z łupinek i blendujemy. Następnie orzechy laskowe mieszamy z roztopioną czekoladą.
Do słoika nakładamy na przemian masy.


***
Podróż minęła całkiem sprawnie, ale oczywiście nie bez przygód. Zaczęło się od braku wyświetlenia numeru peronu na tablicy informacyjnej i startu z Gliwic z 20 minutowym opóźnieniem, co groziło spóźnieniem się na drugi, nocny, pociąg. W nocnym mieliśmy szczęście trafić na grupę baranów drących się przez pół nocy (aż policję trzeba było wezwać!), a jechaliśmy 1 klasą. Na przyszłość chyba jednak wybierzemy wagon sypialny. Władysławowo przywitało nas deszczem, po dojechaniu do naszej miejscowości pogoda się nieco poprawiła, ale i tak pierwszy spacer na plażę został zaliczony w grubych bluzach. Na szczęście po obiedzie mogliśmy się szybko spakować i ruszyć w słońcu nad wodę :) Dziś odwiedzamy Gdańsk, bo już kilka lat minęło od ostatniej wycieczki, a potem relaksujemy się przez resztę tygodnia. Oby czas nieco zwolnił!










sobota, 6 lipca 2013

ziołowo-oliwkowe bułeczki

Czas biegnie bardzo szybko. Większość dnia spędzamy w pracy, bo projekt na ukończeniu i nadgodziny same się robią. Wiedziałam na co się piszę, ale i tak nie zmienia to faktu, że wracając do domu o 19 czy 20 jestem wymęczona, a wieczorami obowiązki domowe i kończenie projektów na uczelnię. Pobudka o 6.30, szybkie kanapki na śniadanie, jedzenie do pracy i jakoś leci.
Dlatego też wczoraj stwierdziłam, że wyjdę o bardziej sensownej porze (byłam w domu aż o 18) i wieczór przeznaczę dla siebie. Rzadko mi się to zdarza, ale lubię czasem po szybkim treningu zamknąć się w łazience, powyciągać różne peelingi, maseczki, bezbarwny bądź naturalny lakier do paznokci i poświęcić na pielęgnację nieco więcej czasu. A potem mój ulubiony dres, maliny i książka.

Lubię takie spokojniejsze chwile. Lubię także spędzać je w kuchni i przygotowywać smakołyki, które w dni pełne pośpiechu pozwalają cieszyć się smakiem domowej kuchni. Domowe pieczywo, co podkreślałam wiele razy, jest jedną z najsmaczniejszych rzeczy na świecie. Tym razem proste bułeczki z oliwkami oraz świeżymi ziołami. Podane z mozzarellą oraz doprawionymi pomidorami. 



Składniki na 4-5 bułek:
- 30-35 dag mąki
- 2 dag drożdży
- 1/2 łyżeczki cukru
- czubata łyżeczka soli
- 2 łyżki oliwy z oliwek
- 180-200 ml letniej wody

Mąkę przesiewamy do miski. Drożdże rozpuszczamy w 100ml letniej wody. Do mąki dodajemy pozostałe składniki, na końcu dolewając drożdże i pozostałą wodę - tutaj musicie wyczuć ciasto. Powinno być miękkie, elastyczne, ale nie lejące się. Ostawiamy do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny. Następnie dodajemy pokrojone oliwki i posiekane zioła, wyrabiamy ciasto i formujemy bułeczki. Układamy w odstępach, zostawiamy na pół godziny do wyrośnięcia i pieczemy 20-25 minut w 200 stopniach.




wtorek, 18 czerwca 2013

domowe musli z patelni

Nie wiem czemu tak długo się wahałam z przygotowaniem domowego musli. Może dlatego, że od kilku miesięcy prawie nie dotykam płatków, nie dodaję ich do jogurtów czy innych przekąsek? Mój sposób odżywiania dostosowuję m.in. do pory roku i produktów sezonowych, obecnie mamy w pełni sezon na truskawki, a truskawki z jogurtem i musli po prostu uwielbiam. Niestety, sklepowe musli pozostawia wiele do życzenia, dlatego po przejrzeniu składów kilkunastu różnych paczek stwierdziłam, że to chrzanię, wracam na dział z bakaliami i zrobię swoje.
Największą zaletą domowej granoli jest jej skład - wiemy co jest w środku, nie zawiera cukru czy syropu glukozowo-fruktozowego, a naturalny miód czy syrop klonowy. I za każdym razem, żonglując składnikami, możemy stworzyć inny smak.



Składniki podstawowe:
- płatki owsiane, żytnie, jęczmienne etc.
- miód
- olej rzepakowy

Dodatkowo:
-orzechy włoskie, laskowe, nerkowce
-suszone owoce np. banany, rodzynki, śliwki, żurawina
-sezam
-wiórki kokosowe
-cynamon, kakao

Moją porcję przygotowałam z 1,5 szklanki płatków (owsiane i żytnie). Dodałam po garści orzechów włoski i laskowych, które drobno posiekałam. Do tego 1/3 szklanki wiórków kokosowych, 1/4 szklanki sezamu i mała garść żurawiny.
Dodałam 2 łyżki syropu klonowego (miałam resztkę), 2 łyżki miodu rzepakowego (bo akurat mam cały słój od znajomego pszczelarza) i 1/4 szklanki oleju rzepakowego.
Wszystko wymieszałam, wsypałam na rozgrzaną patelnię i prażyłam ok 10 minut. Następnie pozwoliłam ostygnąć i przy okazji się posklejać, a następnie przesypałam do pojemnika, z którego dodaję musli do truskawek z jogurtem :)

Oczywiście ilość miodu możecie zmieniać, tak samo jak ilość dodatkowych składników.


***
Upały dają się powoli we znaki. Najprzyjemniej na dworze jest tak do 8 - 9 rano ;) Dlatego zrezygnowałam w pomysłu wysypiania się rano i do pracy przychodzimy z L. na 7.00 rano. Rano upał nie zabija myślenia, a dzięki temu wychodzimy o 1,5 czy nawet 2 godziny szybciej. Nie zmienia to faktu, że po powrocie do domu i tak nic mi się nie chce, a najlepszym posiłkiem są domowe lody truskawkowe.
Boję się co będzie w lipcu!
Chwaliłam się, że socjologia zaliczona na 5.0?

Miłego dnia :)

poniedziałek, 10 czerwca 2013

śniadaniowe love - 8 -

Notki przygotowuję w pośpiechu, podobnie z resztą jak posiłki ostatnio. Dużo muszę ogarnąć, bo zapowiadają się na dość męczące i wymagające 3 tygodnie. Jeśli jednak uda mi się wstać o takiej porze jak zaplanowałam (bez dodatkowych 15 minut drzemki) staram się zacząć dobrze dzień, a najlepszy dla mnie sposób to pożywne śniadanie.
Tym razem odkrywam kolejny sposób na jajka - w koszulkach. Co prawda po kilku próbach dalej nie mam idealnego sposobu, ale czasem trafi się jedno ładnie przygotowane ;)


Składniki na 1 kanapkę:
-kajzerka
-plasterek koziego sera
-2 plasterki szynki suszonej
-jajko
-warzywka
-sos musztardowy

Potrzebujemy także:
-octu
-małą miseczkę
-szeroki garnek
-łyżkę cedzakową

Kajzerkę zapiekamy - jedną połówkę z szynką i serem kozim. W tym czasie gotujemy wodę do ugotowania jajka. Na litr wody dodajemy łyżkę octu spirytusowego 10%. Najlepiej gotować w dość szerokim garnku, żeby udało się bez problemu wlać jajko, a wody musi być na tyle dużo, żeby jajko mogło się unosić.
Jajko delikatnie wbijamy do niewielkiej miseczki. Kiedy woda wrze zmniejszamy ogień do minimum, i tworzymy lekki wir (łyżką, rózgą do ubijania jajek) i z niewielkiej wysokości wlewamy jajko sprawnym ruchem. Musimy uważać, żeby wir nie był za szybki, a wysokość wlewania za wysoko, bo inaczej żółto z powodu swojej masy ucieknie nam z białka i idealne jajko będzie ciężko osiągnąć ;)
Gotujemy ok 2,5 - 3 minuty i delikatnie wyciągamy. 

Sos musztardowy to nic innego jak musztarda z odrobiną soku z cytryny i oliwy.


***
Weekend minął bardzo szybko :) W sobotę urodzinowy grill u dziadków - przyjechała Mała K., więc mogłyśmy trochę poszaleć. Najlepiej oczywiście wchodzi się na moje ulubione drzewo w ogrodzie dziadków - orzech. Wspinała się mała i wspinałam się ja. 

 

W niedzielę obiad u moich rodziców, a popołudniu postanowiliśmy zrobić sobie nieco dłuższą wycieczkę rowerową z L. i moją mamą. Najczęściej wyskakujemy na godzinkę na drogę pomocniczą przy autostradzie i jeździmy dla samego ruchu. Jednak zdecydowanie nie możemy tam wykorzystać technicznie naszych rowerów górskich. Dlatego co pewien czas robimy rundkę 30-50km po okolicznych drogach przez lasy, gdzie czekają na nas kamienie, korzenie, podjazdy, piach, błoto i kałuże. Wczoraj wróciłam cała w centki ;)

sobota, 8 czerwca 2013

ulubiona wytrawna tarta

Moją ulubioną tartę wytrawną zaczęła robić mama. Początkowo sceptycznie do niej podchodziłam, bo zawiera nielubiane pory, ale zakochałam się od pierwszego kęsa. Por po prostu smakuje jak cebula, którą lubię w takiej formie. Do tego armat szynki suszonej, w mojej wersji kurczak curry i jest świetna potrawa na wszelkiego rodzaju imprezy - zarówno formalne, jak i te mniej. Spróbujcie koniecznie!



Składniki na blaszkę 30cm:
- kostka masła
- ok 40 dag mąki
- szczypta soli
- łyżka oliwy
- 2 pory
- czerwona cebula
- kilka plastrów szynki parmeńskiej
- pierś z kurczaka
-curry, só, pieprz, gałka muszkatołowa

Sos:
- 50g masła
- 50g mąki
- 200 ml mleka
- 2 jajka
- 400 ml kremówki

Masło siekamy z mąką, solą i oliwą. Zagniatamy gładkie ciasto i odstawiamy na pół godziny do lodówki. Rozwałkowujemy i wykładamy nią formę. Podpiekamy ok 15 minut w 180 stopniach.
Białą część porów kroimy na cienkie plasterki.Tak samo kroimy cebulę i podsmażamy na patelni. Kurczaka kroimy, doprawiamy curry i obsmażamy. Mięso, pory z cebulą i szynkę nakładamy na podpieczone ciasto.
Masło roztapiamy w garnuszku, dosypujemy mąki i mieszamy. Dolewamy mleka i kremówki, mieszamy przez kilka minut aż otrzymamy gładką, średnio gęstą masę. Chwilę studzimy i mieszamy z jajkami. Zalewamy naszą tartę i pieczemy ok 40-50 minut w 180 stopniach.

***
Jak dobrze, że już weekend. Uczelnia i praca skutecznie zajmują mi większość czasu. Oprócz projektów i sprawozdań, musiałam zapoznać się z kilkuset stronicową dokumentacją do pracy i skupić się na przyszłotygodniowym Expo.
Na szczęście weekend rozpoczęłam spotkaniem z kolegami ze szkoły, z którymi znamy się blisko połowę naszego życia i zawsze dobrze się spotkać w ulubionym pubie ;)
Dzisiaj urodziny dziadka, a jutro trzeba zacząć przygotowania do nadchodzącej wielkimi krokami sesji.
Udanego weekendu!

sobota, 6 kwietnia 2013

rewelacyjny schab suszony w ziołach

Są takie przepisy, które zaczynają się pojawiać nieśmiało na pojedynczych blogach, żeby w końcu opanować i wzbudzić zachwyt w całej blogosferze. Tak też jest z tym schabem.
Przepis podpatrzyłam u Deli, a potem pojawiał się coraz częściej. Dość długo się wahałam, bo jak to tak - surowe mięso trzymać przez prawie 2 tygodnie? I to się ma nie zepsuć? Jednak stwierdziłam, że zrobię na Wielkanoc i w niedzielny poranek byłam bardzo mile zaskoczona. Pięknie pachnie, dobrze smakuje i co najważniejsze - jest to domowa wędlina. Nie udało mi się tylko przekonać L. do spróbowania, bo on surowego mięsa nie tknie. Jego strata ;)



Składniki:
-pół kg schabu (stwierdziłam, że za pierwszym razem zrobię z niedużej porcji mięsa, gdyby się miało zepsuć)
-2 łyżki soli
-1/2 łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu
-1/2 łyżki tymianku
-łyżka majeranku
-łyżeczka cukru
-kilka kulek ziela angielskiego
-2 liście laurowe
-3 ząbki czosnku
-czysta pończoszka

Zioła ucieramy w moździerzu. Dodajemy resztę przypraw oraz czosnek przeciśnięty przez praskę, wszystko mieszamy. Oczyszczony, umyty i osuszony schab nacieramy przygotowaną mieszanką, wkładamy do naczynia z pokrywką (u mnie była to szklana miska przykryta talerzykiem) i wstawiamy do lodówki na 5 dni. Co najmniej raz dziennie sprawdzamy mięso i jeśli zacznie puszczać soki to odlewamy je. Ja dla bezpieczeństwa wyjmowałam mięso, myłam i osuszałam miskę i wkładałam z powrotem.
Po pięciu dniach zawijamy mięso w czystą pończochę czy podkolanówkę i wieszamy w ciepłym, stosunkowo przewiewnym miejscu. U mnie była to rura przy kaloryferze. Bałam się, że z mięsa coś może jeszcze kapać, więc podstawiłam talerzyk, ale okazał się zbędny. Trzymamy tak nasz schab przez 7 dni. Po tygodniu wyjmujemy schab z podkolanówki i możemy zajadać ;)


***
Ufff...to był naprawdę męczący tydzień, a ja wciąż nie mogę jeszcze spokojnie usiąść i odpocząć. Wychodzę z domu koło 8, wracam koło 17, a potem siadam i spędzam 3-4h nad projektem. Dobrze, że do pracy i z pracy na uczelnię mam 15 minut i niewiele czasu tracę na przemieszczanie się po mieście ;) 
Dzisiaj czeka mnie kończenie projektu i zaległe sprawozdania, na szczęście sprzątanie i zakupy zostały załatwione w tygodniu. Mam nadzieję, że z kolejnymi tygodniami będzie tylko lepiej ;) Przynajmniej nie mam poczucia, że marnuję czas (dobra, mam przy robieniu tego projektu).
Udanego weekendu Wam życzę!

środa, 20 marca 2013

śniadaniowe love - bajgle

Domowe pieczywo to naprawdę jedna z najsmaczniejszych rzeczy na świecie. Do tego odpowiednie dodatki i pyszne śniadanie gotowe.
Tym razem stanęło na bajglach. XVII-wieczny wypiek, pochodzący z Europy Środkowej (być może nawet z Krakowa!), który zasłynął na świecie w XX wieku za sprawą Amerykanów.
W towarzystwie wędzonej makreli, rzeżuchy, dobrej szynki i jajek na twardo.



Składniki na 8-10 bajgli:
-3 szklanki mąki pszennej chlebowej
-2 łyżki cukru
-1 łyżeczka soli
-2dag drożdży
-ok 300 ml wody
-1 żółtko do glazury
-ziarna do posypania


W letniej wodzie rozpuszczamy drożdże. Do miski wsypujemy mąkę, sól, jedną łyżkę cukru oraz wlewamy drożdżowy roztwór. Wyrabiamy ciasto przez ok 5- 10 minut. Odstawiamy do wyrośnięcia na ok półtorej godziny.
Wyrośnięte ciasto dzielimy na 8 - 10 części i formujemy bajgle. Odstawiamy do wyrośnięcia na 30-40 minut przykryte ściereczką.
W dużym, płaskim garnku gotujemy wodę z drugą łyżką cukru. Wrzucamy bajgle i każdego gotujemy po 1-2 minuty z każdej strony. Wyciągamy, odsączamy i pozostawiamy do ostygnięcia. 
Smarujemy żółtkiem i posypujemy ziarnami.
Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni i pieczemy bajgle przez ok 15-20 minut. 

Pasta z makreli:
-wędzona makrela
-serek typu Bieluch
-nieco pieprzu

Makrelę staramy się jak najbardziej oczyścić z ości i przekładamy do miseczki. Dodajemy opakowanie serka i rozgniatamy widelcem. Dodajemy odrobinę pieprzu.

***
Patrząc na pogodę za oknem aż ciężko uwierzyć, że od dzisiaj mamy astronomiczną wiosnę. Zimowe szaleństwo, które niestety przy +2 stopniach szybko zamienia się w szarą breję.
Okna aż wołają o umycie, temperatura nie pozwala, a jak umyję to za 2 dni znów będą do mycia. Poczekają na wiosnę ;)

sobota, 12 stycznia 2013

paleo love - tortilla z omletu pełnego ziół

Pracowity tydzień za mną, do tego osłabienie mnie dopadło i zwaliło w czwartek dreszczami i bólem pleców. Nie mam za dużo czasu na stanie w kuchni, więc musicie mi wybaczyć ten prosty i pożyczony przepis, znów nawiązujący do diety ubogiej w zboża. To jedno z moich ostatnich śniadań, ale nada się także świetnie na obiad czy kolację. Zamiast tradycyjnej tortilli usmażyłam cienki omlet pełen ziół, nadziałam go pieczenią z indyka oraz pomidorami przygotowanymi jak do bruschetty.


Składniki na 2 sztuki (dla mnie to jedna porcja):
-2 jajka
-2 łyżki wody
-świeża bazylia, szczypiorek, oregano i co tylko chcecie
-kilka plastrów pieczeni z indyka
-2 pomidory
-mała cebula czerwona
-sól, pieprz, oliwa

Jajka wbijamy do miski, dodajemy wodę, posiekane zioła oraz przyprawy. Wszystko chwilę miksujemy i wylewamy połowę na średnio rozgrzaną patelnię teflonową (musi mieć dobrą powłokę, od której omlet gładko odejdzie, bo będzie cieniutki i łatwo się porwie). Omlet powinien się ścinać, a nie smażyć. 
Pomidory kroimy w kostkę, dodajemy posiekaną cebulę oraz bazylię, dolewamy nieco oliwy, możecie także dodać soli lub pieprzu i wszystko mieszamy. 
Na omlet kładziemy pokrojone mięso, dorzucamy pomidory i zwijamy, jak tortillę. 


***
Mimo nawału pracy udało mi się także skoczyć na zakupy z mamą w celu zalezienia na wyprzedażach nowej kurtki. Nie interesuję się modą, owszem lubię się czasem ładnie ubrać, ale na co dzień chodzę ubrana w wygodne ciuchy - jeansy, sweter, sportowe buty. W sklepie szukam tego, co mi jest potrzebne wg. moich standardów, a nie znawców mody. Po przeleceniu dwóch centrów handlowych powiem jedno - jestem załamana. Szukałam zwykłej, zimowej kurtki, sportowej. Nie chciałam kurtki stricte sportowej, bo taką już mam na stok. Eleganckie również posiadam, więc zależało mi na zwykłej, miejskiej, sportowej kurtce do spodni, bo moja stara liczy sobie kilka lat. Nie doceniłam naszych sklepów, w których pod względem kurtek i płaszczy wyboru nie ma tzn. wszędzie jest to samo. Albo kurtki, w których wyglądam jak w worku albo puchowe, pikowane i świecące. 
Kurtkę znalazłam. Męską. Szczęśliwie w jednym sklepie rozmiarówka jest tak mała, że S ze mnie nie spada ;) 

wtorek, 8 stycznia 2013

lunchbox, mój nowy przyjaciel :)

W grudniu szczęście w konkursach mi sprzyjało. Najpierw u Zieleniny wygrałam film, a kilka dni później u Kasi z Bake&Taste wygrałam konkurs Mikołajkowy, dzięki któremu otrzymałam bon na 150zł do realizacji w sklepie Fabryka Form. Jak łatwo się domyślić - od razu weszłam na stronę sklepu i zaczęłam przeglądać ofertę, co mogłabym sobie kupić. Wybór miałam ciężki, bo szczerze przyznam byłam zaskoczona nagrodą i nie wiedziałam co by mi się mogło przydać. Mój wybór w pewnym momencie ograniczyłam do urządzeń do parzenia kawy, kubków i kilku mniejszych gadżetów, jak miarka do dozowania odpowiedniej ilości spaghetti ;) Nagle wpadłam na pudełko śniadaniowe, a zaraz po nim na lunchboxy. I stwierdziłam, że to będzie mój zakup - dwa pudełka na lunch/obiad. Jedno dla mnie, drugie dla L.
Każdy, kto miał okazję spędzić dzień od rana do wieczora poza domem, zna problem planowania posiłków. Ja stale walczę, żeby nie były to ciągłe kanapki, drożdżówki czy niekoniecznie smaczne obiady jedzone w pośpiechu.
Do tej pory radziliśmy sobie ze zwykłymi pojemnikami, ale idea specjalnych pudełek bardzo mi się podobała. Jestem także przekonana, że świetnie sprawdzą się w czasie naszych podróży - szybko, smacznie, niedrogo i zawsze pod ręką.



Wybrałam większe pudełka - Appetit. Dla mnie biało-zielone, dla L. czarno-czerwone. Są wyposażone w zamknięcie z uszczelką, wyjmowany pojemnik dzielący box na pół, pojemnik na sos, a także widelec z ostrą krawędzią. W pokrywce posiadają wytłoczone zagłębienie, specjalnie dla fanów sushi, na sos sojowy ;) Są naprawdę świetną opcją na prezent - nasze wylądowały pod choinką, a najtrudniejszą częścią było utrzymać ich zakup w tajemnicy przed L. ;)

Jednym z dań, które idealnie nadaje się na każdy posiłek jest tortilla. U mnie często występuje w wersji śniadaniowej, którą można śmiało zapakować i zabrać ze sobą.
Moje ulubione połączenie to serek kanapkowy, wędzony łosoś, papryka i ogórek zielony. Możecie także wypróbować pastę z jajka na twardo, tuńczyka z puszki, awokado, ogórka kiszonego, twarogu i odrobiny majonezu.




***
Początek zaliczeń rozpoczęty. Jedno z grudnia na 4, wczoraj kolokwium, dzisiaj kolokwium, trzeba kończyć projekty. Przyjemnie się pisze z widokiem na ośnieżone drzewa, przyjemnie się też z takim widokiem uczy. I idąc szybkim krokiem na uczelnię albo skupiając się na nauce zamiast na palącym bólu w nogach przy "krzesełku". 
Jeszcze tylko 5 tygodni i znów pojedziemy w podróż, na którą się czeka cały rok. Tym razem ze sportową kamerką :D

poniedziałek, 31 grudnia 2012

śniadaniowe love na noworocznego kaca

Budzi mnie ŁUP, ŁUP, ŁUP ŁUP. Otwieram oczy i muszę je od razu zamknąć, bo wdziera się niesamowita łuna światła. Czyli ranek, a L. pisze coś na klawiaturze. Dzień po.

Znam szereg mądrych porad jak uniknąć takiego stanu, ale czasem nie mają one jak być zastosowane. No bo jak cały czas coś przegryzać (najlepiej tłustego), skoro mając ostatnie pieniądze w portfelu i wybór pomiędzy frytkami a piwem na pewno nie wybierzemy frytek?
Jak przed pójściem spać wypić dwie szklanki wody, skoro fizycznie w żołądku nie ma miejsca na cokolwiek więcej (dobra, jeszcze jeden kieliszeczek się zmieści, ale dwie szklanki?!).
Wiadomo - nie mieszać, ale skoro w gronie znajomych każdy kupuje coś innego i przecież trzeba spróbować wszystkiego kolejno, to jak nie mieszać?

Lepiej się zastanowić jak przeżyć kolejny dzień. Ja zaczynam od... coca-coli. Brzmi dość niecodziennie, ale pita w niewielkich ilościach pozwala mi stanąć na nogi. Następnie napój izotoniczny. A potem zazwyczaj mogę już zacząć żyć ;)
Jeśli jednak czujecie się bardzo źle dobrym rozwiązaniem jest także gorzka herbata, rosół, sok pomidorowy, banan, woda z cytryną albo sucharki.
Często miewam różne zachcianki na jedzenie, np. frytki, hamburgera czy pyzy z mięsem. Łączy je jedno - musi być tłuste i węglowodanowe. Dlatego dziś mam dla Was propozycję na bardzo solidne śniadanie, które jest smaczne, łatwe w przygotowaniu, świetnie się nadaje po imprezie czy przed dniem na stoku narciarskim ;)


Wariacja na temat croque monsieur, słynnych francuskich kanapek oraz jajecznica na maśle i szynce:
-dwie kromki chleba
-dwa plasterki sera, najlepiej ementaler lub gruyere
-plasterek szynki
-dwie łyżki masła
-łyżka musztardy

-4 jajka
-2 plasterki szynki
-łyżka masła


Myślę, że jajecznicę każdy umie zrobić ;) Moja ulubiona to na maśle i szynce. 
Kromki chleba smarujemy musztardą, na każdą kładziemy po plasterku sera, na jedną szynkę i składamy. Na patelni rozgrzewamy masło i smażymy kilka minut z obu stron, żeby chleb był chrupiący i złocisty, a ser roztopiony. 
Do tego kubek dobrej kawy albo szklanka soku pomarańczowego. Ostatecznie szampan, na noworoczny klin ;)


***
Bawcie się dzisiaj dobrze, mam nadzieję, że nikt nie będzie musiał jutro cierpieć. My będziemy szusować na nartach ze znajomymi :)

Szczęśliwego nowego roku!

PS Post pisany z przymrużeniem oka i wyolbrzymieniem ;)

czwartek, 13 grudnia 2012

czuję Miętę w Gliwicach - recenzja

W końcu! Doczekałam się! Po pierwsze miejsca w Gliwicach, gdzie można zjeść śniadanie, ciekawy i niedrogi lunch/obiad oraz deser. Do tego kawa jest całkiem niezła, kuchnia domowa, z możliwie lokalnych produktów, obsługa bardzo sympatyczna, a samo miejsce zaprasza już od rana (naprawdę od rana - w tygodniu od 7.00, w sobotę od 8.00). Po drugie mojej wizyty w tym miejscu.
Mowa o Mięta bistro & coffee bar, nowym lokalu, otwartym pod koniec listopada, znajdującym się w centrum, przy ul. Dworcowej 40.



Wchodzimy z Alą zmarznięte do bardzo jasnego miejsca, urządzonego w bieli i szarościach z odrobiną zieleni (łącznie z łazienką). Stoliki są trzy - dwa czteroosobowe, jeden dla sześciu, do tego przy oknach blaty z wysokimi krzesłami. Przy każdym stole stoją inne krzesła - nasze, ażurowe podobają mi się najbardziej ;) Charakterystycznym elementem jest ceglana ściana, pomalowana na biało. Do tego delikatne ozdoby w postaci półek z przetworami, sznurków, z których zwisają główki czosnku oraz bombki, zestaw dużych sztućców, wszędobylskich ziół czy ogromnego słoju z makaronem na środku naszego stołu i równie sporych solniczek i pieprzniczek.




Lada jest biała, do tego spory, przezroczysty bar z wystawionym jedzeniem. Menu jest wypisane na ścianie za ladą, kredą na czarnym tle. Dodatkowo w każdej potrawie jest wbita czarna tabliczka prezentująca główne składniki oraz cenę.
Menu zależnie do dnia jest inne, ale wybierając się można liczyć na pyszne, świeże kanapki, sałatki, coś słodkiego, wytrawne muffinki lub tarty, nietradycyjną zupę (np. pomidorowa na mleku kokosowym albo francuska cebulowa z grzankami serowymi), lunch (np. makaron z serami i szpinakiem) i przeróżne smoothie. Dzięki takiemu rozwiązaniu wiemy, że wszystko jest świeże. Jedzenie jest autorstwa pani Kasi, siostry mojej koleżanki ze szkoły, która tworzy także cudne torty pokryte masą cukrową.





My mamy szczęście, bo trafiamy na tydzień ze studencką promocją - kupując kanapkę dostajemy kawę gratis. Ja wybieram kanapkę z salami, serem, sałatą, pomidorem, czerwoną cebulą i majonezem. Ala bierze z łososiem, pastą łososiową, ogórkiem, sałatą i koperkiem. Obie w wersji na ciepło, więc są chrupiące, a mój ser się fajnie rozpływa ;) Nasze kanapki są po 7zł*, są także większe po 10zł.
Poprosiłam Alę o pożyczenie magazynu Smak, więc się z nim zapoznaję, rozmawiamy i pałaszujemy nasze kanapki, popijając kawą. Mięta kawę sprowadza świeżo paloną z Kofi Brand, więc znane mi napisy: "Fresh coffee tastes better" uderzają po oczach z różnych stron ;)




Po pewnym czasie podchodzi do nas pani z obsługi i pyta czy nie mamy ochoty na coś słodkiego, po chwili zastanowienia i obejrzenia menu Ala wybiera tartę, ale na słono (z bryndzą, cukinią, szpinakiem i świeżym tymiankiem), a ja decyduję się na kawałek tarty z karmelem, orzechami i gorzką czekoladą (wygrała z sernikiem londyńskim w odsłonie dietetycznej). Tarta Ali jest smaczna, chociaż kawałek, który biorę nie jest bardzo wyrazisty w smaku - podobno jednak im bliżej brzegu tym robiła się lepsza ;) Moja tarta bardzo mi smakuje, Ali już mniej, ale to z winy gorzkiej czekolady. Jednak kawałek jest dość spory (za 7zł), a że po kanapce byłam najedzona to "męczę" go praktycznie do końca naszej wizyty. Tarta jest też dość twarda, ale przy takich składnikach ciężko osiągnąć inny efekt ;)
Później pani podchodzi jeszcze raz, tym razem proponując świeży sok albo smoothie. Ala wybiera smoothie "pani mięta", ja mam wodę, więc dziękuję. Koktajl jest świetny, a ja kiedyś skuszę się na szpinakowy ;)





Przez lokal przewija się trochę osób, wiele z nich bierze jedzenie na wynos, a sporo gości to osoby starsze (co było dla mnie sporym zaskoczeniem). Miałam ogromną ochotę zamówić sobie zupę lub sałatkę, jednak nie miałam już miejsca w żołądku. Mam nadzieję, że niedługo znów odwiedzę Miętę i na pewno wypróbuję sałatkę, bo te zamawiane przez innych wyglądały obłędnie.
Ceny są przyzwoite. Co prawda na początku 7zł za kanapkę trochę mnie zastanowiło, ale kanapki są naprawdę bogate w składniki i można się nimi najeść. Tę za dychę mogłabym zjeść na obiad ;)

Minus to chłód, który wieje, gdy otwierane są drzwi. Dziwi nas trochę fakt, że bistro działa w tygodniu do 19, a w soboty do 15. Wiemy, że jest nastawione głównie na śniadania i lunche, ale ja z chęcią wpadłabym tam też na szybką kolację. Dodałabym też jeszcze jedną czy dwie pozycje do porannego menu - z ciepłych rzeczy można dostać rano mleko z mussli bądź pancakes. Może dla odmiany owsianka z domową granolą i owocami albo kasza manna?

Szłam tam z pozytywnym nastawieniem, bo wiedziałam, że to lokal, którego w Gliwicach brakowało. Wyszłam z jeszcze lepszymi wrażeniami ;) I muszę koniecznie wrócić w porze lunchu i zabrać znajomych. Gdybym miała krótko określić to miejsce to zgodziłabym się z jednym z napisów na ścianie - to miejsce jest świeże.


*część cen to 6.99 albo 9.99, ale prościej mi pisać pełną kwotę z dodatkowym grosikiem ;)